Tytuł: Narodowy system ekonomii politycznej. Jak powstają potęgi gospodarcze
Autor: Friedrich List
Kategoria: biznes, finanse
Wydawnictwo: Prześwity
Format: ebook
Ocena: 9/10
Książka została niedawno przetłumaczona na język polski. Głównie za sprawą dr. Krzysztofa Mazur, który na swoim kanale zrobił kilka odcinków na jej temat. Po lekturze nie dziwi mnie, dlaczego tak późno ukazała się dla polskiego czytelnika. List stał w opozycji między innymi do Adama Smitha, komentuje jego dzieła i cały zamysł ekonomii. W niektórych współczesnych kręgach społecznych, wskazanie, że trzeba dbać o swoje, np. przy pomocy ceł to "literalnie komunizm/faszyzm". Wracając do meritum, Smith widzi składowe państwa jak społeczeństwo, gospodarkę, kulturę, etc. jako odrębne tryby, które można swobodnie wymieniać. List całkowicie odwrotnie. Wpływ miała blokada kontynentalna za czasów Napoleona, kiedy to jako niemiecki urzędnik miał się z nimi zmierzyć. Sama książka jest dość długa i podzielna na ponad 30 rozdziałów. Pomoże tu zrozumienie i wiedza, jak ówczesny świat działał. Sam List w tym trochę pomaga, dzięki rozdziałom o Anglii, Włochach, Niemiec, Francji i Stanom Zjednoczonym. I tak np. Portugalia otworzyła się na oścież dla angielskiego wina, czym jej plantatorzy zostali zmuszeni niszczyć swoje sadzonki. Polska też jest. Pojawia się pytanie to, gdzie ta książka była i czy jej nauki zostały wprowadzone w życie? Tak w Chinach, gdzie poszczególne dzielnice dały ulgi, ziemię i inne opcje do budowania fabryk np. samochodów, a samo państwo chroniło, między innymi poprzez cła, przed zbyt dużym rozrostem zagranicznych marek. Sama Europa w najnowszych raportach wskazuje na obranie kierunku "dbania o swoje i siebie".
Trochę dziwnie się streszcza powieść Zajdla wiedząc, że jest on top pisarzem i każdy śledzący tego typu akcje czytelnicze na pewno zna chociaż z recenzji fabuły jego powieści, ale dla zasady to streszczenie będzie. Akcja powieści jest osadzona w Argolandzie. Głównym bohaterm jest Sneer, lifter, czyli osobą, którą za stosowną opłatą pomaga innym w przejściu testów na inteligencję, co pozwala im na awans społeczny. Sneer dostrzega, że obowiązujący system klasyfikacji nie ogranicza się do skali zero-sześć, a ci najzdolniejsi tworzą kolejne klasy.
Książka to w zasadzie satyra z Polski późnogierkowskiej, tylko osadzonej w świecie fantastyczno-naukowym. Przeczytałem, doceniam pomysł, chociaż styl Zajdla nie do końca przemawia do mnie i raczej nie wrócę. Ale nie żałuję lektury.
No dobrze, faktem jest, że książkę wypożyczyłem z biblioteki, bo tydzień temu widziałem fragment powieści w przychodni lekarskiej, który pasuje do czasów nam współczesnych:
– Która klasa? Co dolega?
– Szósta. Mam ostre bóle głowy i…
– Pije pan?
– Nie.
– Pali.
– Tak.
– Dużo?
– Dwadzieścia dziennie.
– Za dużo. Jak pan przestanie palić, proszę się zgłosić. Pięć punktów. Następny.
(…)
W ciągu kilki minut za drzwiami nie było już nikogo.
Historia o strachu, walce o przetrwanie i bezradności wobec absurdalnych zasad, gdzie przezabawne, momentami wręcz groteskowe dialogi świetnie przeplatają się z refleksją nad kruchością ludzkiego życia i bezsensem wojny. Słuchałem tego w pracy i co chwilę miałem banana na mordzie. Nigdy wcześniej książka nie rozbawiła mnie tak bardzo, a jednocześnie nie zmusiła do tylu przemyśleń. Im dłużej o niej myślę, tym bardziej doceniam, jak genialnie Joseph Heller połączył humor z naprawdę gorzkim przekazem. Dla mnie absolutny klasyk i z całą pewnością wrócę do niej, szczególnie do audiobooka z Krzysztofem Globiszem - kto nie słuchał, niech żałuje!
Generał był przeciwny małżeństwu swojej córki z pułkownikiem Moodusem, ponieważ nie lubił chodzić na śluby.
Autor: Nick Kyme, Graham McNeill, Rob Sanders, Gav Thorpe
Kategoria: fantasy, science fiction
Wydawnictwo: Black Library
Format: ebook
Liczba stron: 416
Ocena: 4/10
“- What does your primarch ask of you?"
"- Everything.”
Antologia stanowiąca XX część cyklu Herezja Horusa zawiera cztery dłuższe opowiadania uzupełniające pewne wątki o dodatkowy kontekst.
Graham McNeill - The Reflection Crack'd - 3/10
BDSM, gore i opętanie, czyli epilog “Fulgrima” łączący go z “Aniołem Exterminatusem”, luźno nawiązujący do Doriana Graya, opowiedziany z perspektywy Luciusa. Pomimo, że relatywnie istotny pod względem przemian postaci Fenicjanina, to miernie napisany.
Nick Kyme - Feat of Iron - 2/10
Fragmenty kampanii wojennej przeciwko Eldarom pokazujące głupi upór Żelaznych Dłoni i zagadkową przygodę Ferrusa Manusa. Nuuuuuda. Ledwo zmęczyłem. No i beka z: “The Gorgon is unkillable. No treacherous coward’s blade could even pierce his skin. It’s impossible.”
Gav Thorpe - The Lion - 7/10
Mroczne Anioły spotykają Żelazne Dłonie i Gwardię Śmierci w systemie Perditus, gdzie zlokalizowana została ważna placówka badawcza Mechanicum. Całkiem ciekawie opowiedziana historia pogłębiająca szarości portretu Liona El’Johsona.
Rob Sanders - The Serpent Beneath - 5/10
Szpiegowska incepcja, czyli Alpha Legion infiltruje Alpha Legion, bo Alpha Legion zinfiltrował Alpha Legion. Czego nie rozumiesz? Podstęp goni podstęp, a pułapka wpada w pułapkę, czyli typowa narracja spod znaku "Hydra Dominatus".
Zapychacz - nierówny zbiór opowiadań o znikomej istotności w szerszej perspektywie. Można pominąć z czystym sumieniem.
Ehh, fajnie było coś w końcu poczytać :3 i to nie byle co, bo filozoficzną opowieść kryminalną!
Bardzo spodobała mi się koncepcja książki, gdzie głównymi bohaterami są owce, których pasterz został zamordowany. Wierni podopieczni aby uczcić jego pamięć decydują się na rozwiązanie zagadki morderstwa.
To co jest w tej książce charakterystyczne, to owcze pojmowanie ludzkiego świata, które często prowadzi do zabawnych wniosków.
Bawiłam się dobrze i jak najbardziej polecam miłośnikom takich zakręconych historii 😉
Czytałem lata temu gdzieś na poziomie liceum bądź studiów. Bawiłem się świetnie, jest też druga część Triumf owiec, tutaj niestety już duzo gorzej. Choć czytać się dało.
Elryk, zblazowany władca pogrążającego się w coraz większej dekadencji państwa Melnibone’, musi bronić siebie i swej ukochanej Cymoril przed intrygami bezwzględnego kuzyna, pragnącego przejąć władzę.
Kolejny klasyk fantasy, który miał w sobie ogromny potencjał, ale przez kiepski warsztat autora zestarzał się jak mleko. Pomysł wyjściowy na protagonistę był ciekawy, lecz niestety, zamiast zapowiadanego pełnokrwistego antybohatera, otrzymujemy użalającego się wiecznie nad sobą emo, mającego w dodatku wyraźny problem z logicznym myśleniem. Niestety, na problem ów cierpią wszyscy bohaterowie książki. I złośliwie dodam, że musiał cierpieć na niego także autor, bo logika i spójność świata przedstawionego leżą i kwiczą, fabuła posuwa się do przodu jedynie dzięki nieustannym deus ex machina. O właśnie, jeśli już jesteśmy przy świecie przedstawionym – tu również był spory potencjał, jednak motyw dystopijnego, chylącemu się ku upadkowi państwa, zarządzanego przez krwiożercze elity, o wiele, wiele lepiej przedstawiła Suzanne Collins w Igrzyskach śmierci.
Po sagę o Elryku sięgnęłam głównie dlatego, że czytałam tu i ówdzie o kontrowersjach, jakie wywołały podobieństwa między nią a Wiedźminem. I owszem, widać parę ewidentnych inspiracji po stronie Sapkowskiego, ale takich, które ujdą w tłoku, a poza tym i tak pojawiały się u innych twórców fantasy. Swoją drogą, porównywanie serii Moorcocka i Sapkowskiego to zdecydowana obraza dla talentu i ciężkiej pracy tego drugiego.
PS: Najdziwniejszym elementem tej książki było miejsce final battle, czyli… jaskinio-pochwa xDD Kurde, jak to przeczytałam, to miałam deja vu z Walaszka, tyle, że Moorcock potraktował rzecz całkowicie na serio, WTF
Harlem, lata 30 XX wieku i historia młodego czarnoskórego chłopaka rozdartego między religią i "grzesznym" życiem.
Może i za oceanem to klasyka, ale dla mnie osobiście to męczące dzieło. Historia rodziny Grimesów okazała się być całkiem niezła, ale ilość religijnego sosu, którym podlano całość, była niemal nie do zniesienia. Im dalej w las, tym gorzej, ledwo dobrnąłem do końca.
To, co dobre w tym dziele, jak już pisałem, to historia rodziny, w pewnym stopniu jest to też ukazanie historii czarnoskórych na przełomie XIX i XX wieku. Przebija się tutaj beznadzieja i brak perspektyw czarnych na lepszą przyszłość. Podoba mnie się, jak delikatnie wplecione zostały tutaj wątki prześladowań przez białych, absolutnie subarashi. Szczególnie dobrze czyta się części kobiece, które nie są tak przepełnione religijnym pierdololo. Za to najgorzej czyta się historię ojca młodego bohatera, swoją drogą tak antypatycznej postaci ze świecą szukać. Psychopata, który uznaje się za świętego, a jednocześnie nie przeszkadza mu to znęcać się nad synami i pałać nienawiścią do teoretycznie bliskiej mu osoby.
Podsumowanie: wątki religijne to koszmar, reszta jest jak najbardziej zjadliwa.
Fiu fiu panie Baldwina zes odkopal, mi sie ta ksiazka podobala ale no kontekst socjo historyczny jest ciezko do ztrawienia, religia jest fajnie przedstawiona po widac ze w srodowiskach gdzie wyksztalcenie jest niskie religia robi za podstawa edukacji, i nie tylko na dobre to wychodzi.
@ErwinoRommelo A ja jestem raczej uprzedzony do wszelkich religii, uznaję je za zło, dlatego nadmiar takich wątków nastawia mnie negatywnie do książki. Tak było też tutaj, za dużo tej religijnej paplaniny, o wiele za dużo.
Literat w myślach dziękował Bogu za tę znieczulicę. Nie potrzebowali bowiem samarytan… tylko spokoju.
Jeśli ktoś przed lekturą opowiedziałby mi dość dokładnie o czym jest ta książka, to chyba bym się za nią nie zabrał. Kiedy teraz o niej myślę, to wydaje mi się, że wszystko, co jest w niej zawarte w warstwie fabularnej i światotwórczej wręczy krzyczy do mnie: „Nie czytaj tego!” No bo jak inaczej można zareagować na opowieść o opowieści, która opowiada o tym, że na świecie panoszy się płonąca Ciemność, a jednym azylem, jaki ta Ciemność zostawiła Wybranym jest katowicki dworzec? Już same te słowa, „Ciemność” i „Wybrani” (pisane oczywiście wielką literą, jak "Własna Legenda" u pana Coelho) no, nie ma co ukrywać, według mnie raczej nie wróżą niczego dobrego. Można dodać do tego jeszcze kilka rzeczy, na przykład moją ulubioną metodę budowania napięcia poprzez… użycie wielokropka. No zapowiadałoby się źle, ale się nie zapowiedziało, więc przeczytałem. I, o dziwo, całkiem mi się podobało.
Może to taki czas, że potrzebowałem czegoś lżejszego, bo po Ciemność płonie sięgnąłem odłożywszy po kilkunastu stronach inne, poważniejsze jednak rzeczy? Może potrzebowałem takiej lekkiej opowieści, przy której nie trzeba zbyt wiele myśleć, nie trzeba niczego przeżywać, a można po prostu poznawać dalszy ciąg dość w sumie interesującej historii? W każdym razie bawiłem się przy tej książce nieźle, choć za dwa tygodnie pewnie o niej zapomnę. Póki jednak pamiętam, muszę oddać panu Ćwiekowi sprawiedliwość, że jeśli chodzi o pisanie książek rozrywkowych, to naprawdę nieźle mu to wychodzi, przynajmniej w przypadku tej pozycji. I może właśnie to sprawiło, że ta książka całkiem mi się podobała? To, że ona nawet nie próbowała udawać, że jest czymś więcej niż tylko bardzo dobrą lekturą rozrywkową? Takie lektury przecież też są bardzo potrzebne, a napisać takie pierdoły w sposób interesujący (i bardzo obrazowy), to też przecież duża sztuka.
Rozdział „Wiktoria” jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że żyjemy w najlepszych czasach w dziejach ludzkości. Jako dziecko nie musiałem chociażby pracować w kopalni czy w fabryce, codziennie narażając swoje życie. Jako dorosły także mam o wiele lepsze warunki pracy niż ponad sto lat temu. I tak, zdaję sobie sprawę, że miałem szczęście urodzić się w Europie, a nie w Azji czy Afryce, gdzie sytuacja ma się o wiele gorzej niż u nas. Tym bardziej staram się doceniać to, co mam.
Ciekawy był wątek kobiet walczących o swoje prawa. Trzeba tutaj podkreślić słowo „swoje”, ponieważ bardziej uprzywilejowane białe kobiety z zamożniejszych warstw społecznych nie przejmowały się sytuacją biednych czy czarnoskórych kobiet.
O historii Titanica chyba każdy słyszał, a jeśli nie, to autor w bardzo wyczerpujący sposób opisał przebieg zatonięcia krok po kroku, często odwołując się do wspomnień pasażerów. Mnie w szczególności zastanowiło, dlaczego statek nie został wyposażony w odpowiednio dużo szalup ratunkowych, żeby pomieścić wszystkich pasażerów. Chociaż nie wiem, czy to by pomogło, skoro i tak część łodzi została spuszczona częściowo pusta. Pasażerowie na początku nie uwierzyli, że grozi im niebezpieczeństwo.
Rozdział o Gustloffie to opowieść o kolejnej katastrofie morskiej, największej w historii. Podoba mi się w autorze to, że postanowił przybliżyć także postać człowieka, którego nazwiskiem został nazwany statek, żeby słuchacz poznał kontekst.
Oleg Zakirow to przykład, jak ludzie potrafią być niedoceniani pomimo sporych dokonań. Jako funkcjonariusz KGB wsławił się śledztwem w sprawie zbrodni katyńskiej, ryzykując swoją karierą i znając ZSRR, to pewnie także życiem. Gdy wyjechał do Polski, pomimo obiecanej mu przez Geremka pomocy, został przez niego zignorowany, zresztą jak przez cały aparat państwowy. W wyniku tego Oleg Zakirow przez wiele lat żył w biedzie.
Chyba mój ulubiony rozdział, czyli ten o wynalazkach. Bardzo spodobało mi się holistyczne podejście i pokazanie, jak określona potrzeba stała się matką wynalazku, którego stworzenie doprowadziło do rewolucji gospodarczej w średniowieczu. Z racji zamiłowania do książek, w szczególności przypadł mi do gustu fragment o Gutenbergu i ogółem o książkach w tamtych czasach. Wiedziałem, że nie były popularne, ale nie spodziewałem się, że były aż tak absurdalnie drogie, że za jeden wolumin można by kupić dom. Szkoda, że dzisiaj tak nie jest, oprócz naprawdę rzadkich białych kruków. :' )
No i jako że jestem fanem Czukiewskiego, to z przyjemnością przesłuchałem rozdziału o nim. Cieszy mnie, że jego praca została doceniona na tyle, że może się z niej utrzymywać i tworzyć nie tylko kolejne audiobooki, ale także filmy na YouTube.
O historii Titanica chyba każdy słyszał, a jeśli nie, to autor w bardzo wyczerpujący sposób opisał przebieg zatonięcia krok po kroku, często odwołując się do wspomnień pasażerów. Mnie w szczególności zastanowiło, dlaczego statek nie został wyposażony w odpowiednio dużo szalup ratunkowych, żeby pomieścić wszystkich pasażerów. Chociaż nie wiem, czy to by pomogło, skoro i tak część łodzi została spuszczona częściowo pusta. Pasażerowie na początku nie uwierzyli, że grozi im niebezpieczeństwo.
Bo wedle ówczesnych przepisów nie musiały. Nawet chyba Titanic spełniał normy na ponad 100% - miał ich więcej niż musiało być. A nie musiał dla całości załogi i pasażerów, bo zakładano, że szalupy służą do przewiezienia ludzi na ląd, lub na inny statek, a więc jednorazowo część pasażerów będzie czekać, łodzie będą krążyć między statkiem tonącym a lądem/ratującym zabierając mniej więcej 1/3 ludzi z pokładu.
Powracam do cyklu po kilkunastu (kilkudziesięciu? ) latach. Tym razem czytam z młodym, co poza aspektem literackim, miało również wpływ na moją ocenę.
Przygody bodajże najsłynniejszego małoletniego czarodzieja. Harry jest sierotą i wiedzie nieszczęśliwe życie u boku ciotki, wuja i ich rozpieszczonego synalka. Wszystko zmienia się w dniu jego jedenastych urodzin, kiedy dowiaduje się, że jest czarodziejem. Wkrótce Harry rozpoczyna naukę w zamku Hogward, gdzie poznaje przyjaciół, ma masę przygód i ...
Historię Harry'ego Pottera pewnie i tak większość zna z książek lub/i filmu.
Po latach lektura jest znowu ciekawa, chociaż już mniej trzyma w napięciu.
Tytuł powieści wskazuje, że jest o Saladynie, oficjalny opis wskazuje, że jest o Saladynie… No to fajna książka o Saladynie, gdzie tytułowy bohater jest na drugim planie, bo autor wolał się skupić na opisach fikcyjnych haremowych romansów, niż porządnym przedstawieniu najsłynniejszego islamskiego wodza. I teraz pomyli się ten, kto pomyśli, że książka to literacki odpowiednik Wspaniałego stulecia – Wspaniałe stulecie jawi się przy tej powieści jak filmy Michaela Baya. Tutaj, z wyjątkiem rozdziału o bitwie pod Hittin, powtórka z części pierwszej, czyli pierdololo pierdololem poganiane.
Znowu autor zaprzepaścił świetny pomysł, mam wrażenie, że lepiej poznałam postać Saladyna z Królestwa niebieskiego Ridleya Scotta, niż tej książki. Co jest trochę zdumiewające, bo ostatecznie autor Arab powinien umieć lepiej przedstawić swoją kulturę i historię, niż zachodni orientaliści.
“Wszystko zaczęło się na ‘Mściwym Duchu’ i wszystko to się na nim skończy.”
XXIX część cyklu Herezja Horusa
No właśnie, Herezja Horusa, a od dwudziestu kilku książek, poza kilkoma krótkimi epizodami właściwie nie było Mistrza Wojny. W “Mściwym Duchu” wracamy do Horusa i to w świetnym stylu.
W trakcie analizy kronik Wielkiej Krucjaty Horus Luperkal zauważa, że jego wspomnienia z podboju planety Molech są niekompletne. Dochodzi do wniosku, że sam Imperator ingerował w jego pamięć, co przekonuje go, iż właśnie tam znajduje się wskazówka pozwalająca Horusowi zmierzyć się z ojcem.
Jest rozmach!
Graham McNeill nauczył się coś nie coś od Dana Abnetta. Opowieść jest monumentalna i złożona. Znajdziemy w niej wszystko to, co wyróżnia najlepsze tomy cyklu: teatralne dialogi, podstęp, zdradę, zamach, walki okrętów kosmicznych, bitwy tysięcy Astartes, wojsk pancernych oraz ponad dwudziestu tytanów w tym chodzące fortece klasy Imperator. Nie zabrakło też osobistych dramatów bohaterów. Jeśli chodzi o postaci, to najbardziej spodobała mi się perspektywa Aksymanda, który zyskał najwięcej głębi.
Podobnie jak w przypadku “Niezapamiętanego Imperium” tak też i do “Mściwego Ducha” prowadzi wiele różnych wątków z poprzednich (a nawet późniejszych np. “Garro”) powieści oraz licznych opowiadań (szczególnie ”Mały Horus”), których znajomość wymagana jest do umieszczenia akcji we właściwym kontekście.
Kamień milowy fabuły Herezji Horusa i jedna z tych książek, dla których warto było przebrnąć przez szereg średniaków.
Tytuł: Początki polskiej motoryzacji. Samochody CWS
Autor: Witold Jeleń, Jan Tarczyński
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Wydawnictwa Komunikacji i Łączności
Format: książka papierowa
ISBN: 8320609968
Liczba stron: 108
Ocena: 8/10
Książka ta, która niejako przypadkiem wpadła w me ręce opisuje trudy i znoje początków automobilizmu w Polsce. Pokrótce opisuje próby wejścia podmiotów zagranicznych i montażu licencyjnego, by potem w sposób barwny i szczegółowy opisać historię polskich samochodów CWS spod koncernu PZINż. Znajdziemy tu historię o genialnych polskich inżynierach, brakach narzędziowych, materiałowych i finansowych oraz o klepaniu trzydziestu milionów wersji nadwoziowych do jednego projektu. Wypisz wymaluj historia polskiej motoryzacji, także wydaniu powojennym Bardzo dużo fotografii i ilustracji.
Wreszcie sci-fi, na które nie wiedziałem że czekałem!
Książka już od pierwszej strony krzyczała do mnie, że się polubimy. Język, sposób prowadzenia narracji, poziom opisu "wiedzy technicznej", cała aura tajemniczości i stopniowo wyjaśniane zasady działa dawały wrażenie, że to całe uniwersum "jest" samo w sobie, a nie istnieje tylko jako tło do opowiedzenia historii - mam nadzieję, że to co piszę jest zrozumiałe Chyba tylko jeszcze przy Władcy Pierścieni miałem takie wrażenie, że autor od pierwszej strony zna "zasady" i cały wykreowany świat i stopniuje go czytelnikowi, a nie na bieżąco dodaje do niego jakieś elementy w trakcie historii.
Niesamowicie mnie wciągnęło. Inny styl narracji w każdym z opowiadań co prawda męczył przez pierwsze kilka akapitów, ale potem się wciągałem. Były ciekawsze i mniej ciekawe opowiadania, ale przynajmniej te drugie pozwalały lepiej poznać świat, więc nie narzekam.
Książka napisana prawie 40 lat temu, a kompletnie nie idzie tego poznać - czytając o technologii, czuję że jest to "technologia przyszłości", a nie jak u Lema socjaltechnologia radziecka XD
Odejmuję jeden punkcik, bo jednak ze dwa razy mnie zniesmaczyły bardzo szczegółowo opisane sceny (co najmniej dziwnego, żeby nie powiedzieć obrzydliwego) ruchania, gdzie w innych tematach autor skory do aż tak precyzyjnych opisów nie był XD
Tak czy inaczej niesamowita pozycja, siadła mi cudownie. Jestem już w 1/3 Upadku Hyperiona
@saradonin_redux jeżeli jako tako podobał ci się hyperion to odpuść sobie endymiona. Na początku jeszcze ujdzie ale im dalej tym gorzej, a czwarta część to już w ogóle kiepskie romansidło rodem z Hollywoodu.
Kurcze, przeczytałem 2 książki, pierwszą też oceniłem na 9, ale za cholerę nie pamiętam fabuły Pamiętam tylko, że po drugiej książce byłem chyba trochę zmęczony tymi dziwnymi rzeczami które się tam działy (jakiś teleportujący się po planecie potwór).
Kolejny urlop w Polsce to okazja na wizytę w księgarni i przytarganie kilku nowych pozycji do mojej biblioteczki. Tym razem padło na klasykę polskiej powieści i kina czyli Znachora. Dołęga-Mostowicz był mi polecany przez kilka osób i w sumie bardziej polowałem na Karierę Nikodema Dyzmy, która niestety była wyprzedana - smuteczek. Wziąłem więc Znachora którego ogólnie nigdy nie oglądałem w całości xD
Oczywiście znałem mniej więcej zawiązanie fabuły ale cały środek był dla mnie tajemnicą. Nie jestem pewien czy muszę streszczać fabułę takiego szlagiera, ale gwoli ścisłości historia rozgrywa się gdzieś na początku XX wieku w Polsce i opowiada historię światowej klasy chirurga który dręczony odejściem żony z córką idzie w tango i no cóż zostaje okradziony oraz pobity, przez co traci pamięć. Tułając się po świecie oraz imając się różnych prac w końcu trafia do pewnego młyna gdzie odkrywa swój talent do leczenia ludzi.
Zdziwiony byłem nieco skromną objętością książki bo spodziewałem się czegoś na kształt Lalki, Dołęga-Mostowicz jednak nie bawi się zbytnio w rozpasane opisy przyrody czy miejsc akcji i fabuła leci całkiem żwawo, momentami jak dla mnie aż nazbyt żwawo. Ogólnie jest to bardzo przyjemne czytadło i bez wahania polecam każdemu zwłaszcza jak ktoś lubi akcję osadzoną w XX leciu międzywojennym.
Postacie są mocno zarysowane a ich zachowanie i motywacje są wiarygodne, akcja jak już wspomniałem leci wartko i bez dłużyzn a wątek romantyczny jest całkiem niezły, chociaż przemiana Leszka z arystokratycznego lekkoducha w zakochanego bez pamięci adoratora jest trochę mało przekonująca. No i końcówka jest trochę meh, mam wrażenie że z jeden rozdział więcej żeby lepiej pozamykać wszystkie wątki byłby bardzo na miejscu i wydaje mi się że w filmie zostało to zmienione. Brakuje też trochę jakiegoś plot twistu, czytelnik ma wszystko podane na tacy i jedynie bohaterowie nie mają pojęcia o swoim pochodzeniu i powiązaniach, niemniej jednak nie uważam tego za jakiś duży minus.
Po bardzo udanych „Rozbłyskach ciemności miałem nadzieję, że Andrzej Pupin domknie trylogię z równie dużym rozmachem. I choć „Piętno ciemności” nie jest książką idealną, to jest satysfakcjonującym finałem historii Jerzego i świata, który od pierwszego tomu coraz mocniej odsłaniał swoje mroczne oblicze.
Tym razem Jerzy wraca do więzienia (innego), ale role całkowicie się odwracają. Nie jest już człowiekiem działającym pod przykrywką strażnika - sam trafia za kratki jako więzień. Równolegle Barbara, która po wydarzeniach poprzedniego tomu wreszcie się odnalazła, próbuje zrobić wszystko, by wydostać go na wolność. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy dochodzi do tragicznej pomyłki. Jerzy odkrywa, że jego brat nie żyje, a ponieważ zwłoki zostają błędnie zidentyfikowane jako jego własne, Barbara otrzymuje informację, że to właśnie Jerzy zginął. Od tego momentu bohaterowie funkcjonują w dwóch zupełnie różnych rzeczywistościach - on walczy o przetrwanie, a ona próbuje pogodzić się z jego rzekomą śmiercią i wyjaśnić co się z nim stało.
Bardzo spodobało mi się prowadzenie narracji z dwóch perspektyw. W poprzednich tomach świat oglądaliśmy głównie oczami Jerzego, natomiast tutaj Barbara staje się pełnoprawną bohaterką. Dzięki temu historia zyskuje dodatkowy wymiar. Czytelnik wie więcej niż każda z postaci z osobna, co pozwala budować napięcie w zupełnie inny sposób. Obserwowanie, jak oboje próbują zrozumieć wydarzenia, dysponując zupełnie innym zestawem informacji, było jednym z najmocniejszych elementów książki.
To, co najbardziej podobało mi się w całej trylogii, czyli stopniowe odkrywanie natury Ciemności, również doczekało się satysfakcjonującego rozwinięcia. Autor nie zdradza wszystkich tajemnic od razu, ale daje wystarczająco dużo odpowiedzi, by czytelnik miał poczucie domknięcia historii. Jednocześnie świat pozostaje na tyle rozległy i niejednoznaczny, że bez problemu mógłby stać się fundamentem kolejnych opowieści.
Podobnie jak w dwóch wcześniejszych tomach, bardzo odpowiadało mi połączenie kryminału z weird fiction i urban fantasy. Nadal miałem skojarzenia z trylogią Adama Przechrzty, choć po trzech tomach mogę już śmiało powiedzieć, że Andrzej Pupin zbudował własną świetną tożsamość. Ciemność nie jest tutaj jedynie pretekstem do opowiadania historii - staje się pełnoprawnym elementem świata przedstawionego, ograniczeniem i wrogiem, który wpływa na losy bohaterów i stopniowo zmienia ich samych.
Mam jedynie wrażenie, że końcówka mogła być odrobinę dłuższa (choć książka i tak urosła względem poprzednich tomów). Autor przez dwa poprzednie tomy bardzo cierpliwie budował napięcie i kolejne tajemnice, dlatego liczyłem na jeszcze mocniejsze wybrzmienie finału. Nie jest to jednak zarzut na tyle duży, by wpłynął na moją ocenę.
„Piętno ciemności” jest bardzo dobrym zakończeniem trylogii. Rozwija bohaterów, wykorzystuje motywy z poprzednich części i zamyka najważniejsze wątki, jednocześnie pozostawiając czytelnikowi poczucie, że świat Ciemności żyje dalej. To seria, która z tomu na tom stawała się coraz lepsza, a to w literaturze gatunkowej wcale nie zdarza się często.
Jeśli pierwszy tom był obietnicą ciekawego uniwersum, drugi jego rozwinięciem, to „Piętno ciemności” jest dowodem, że Andrzej Pupin miał na tę historię pomysł od samego początku, a to jeszcze bardziej imponujące, bo to jego debiut literacki. I właśnie dlatego całą trylogię uznaję za świetną ze sporym kredytem świeżości, którego w polskim fantasy dawno nie czułem.
Jest to 128 książka w tym roku, więc i książka, która zamyka wyzwanie czytelnicze 128/128 na 2026. Jak co roku kończę regularne wpisy i od teraz będę wrzucał raczej najciekawsze i najbardziej nietypowe pozycje, które mnie urzekły + podsumowania miesiąca, kwartału i wyzwań Goodreads.
Są książki, których wpływ na literaturę i popkulturę jest znacznie większy niż przyjemność płynąca z ich lektury. Dla mnie Żony ze Stepford są właśnie takim przypadkiem. Doskonale rozumiem, dlaczego ta powieść stała się klasyką i dlaczego do dziś funkcjonuje określenie „żona ze Stepford”. Problem w tym, że sama historia nie porwała mnie tak, jak się spodziewałem.
Fabuła rozpoczyna się, gdy Joanna Eberhart wraz z mężem i dziećmi przeprowadza się z Nowego Jorku do idealnego, spokojnego miasteczka Stepford. Wszystko wydaje się wręcz zbyt doskonałe - zadbane domy, piękne ogrody i niezwykle uprzejmi mieszkańcy. Bardzo szybko Joanna zaczyna jednak zauważać coś niepokojącego. Wszystkie kobiety w Stepford są niemal identyczne. Perfekcyjnie ubrane, zawsze uśmiechnięte, bez reszty oddane sprzątaniu, gotowaniu i uszczęśliwianiu swoich mężów. Co gorsza, nawet kobiety, które początkowo wydawały się normalne, po pewnym czasie przechodzą dziwną przemianę. Joanna próbuje odkryć, co naprawdę dzieje się w Stepford, zanim będzie za późno.
Najbardziej podobał mi się sam pomysł. Levin stworzył historię, która jest jednocześnie thrillerem, horrorem science fiction i satyrą na role społeczne oraz małżeństwo. Dzisiaj ten motyw wydaje się znajomy, ale trzeba pamiętać, że książka powstała w 1972 roku i była jedną z pierwszych, które tak otwarcie poruszały temat uprzedmiotowienia kobiet i lęku przed utratą własnej tożsamości. Nie bez powodu „żona ze Stepford” weszła na stałe do języka jako określenie kobiety idealnej... aż do przesady.
Miałem też bardzo ciekawe skojarzenie z sagą Blackwater Michaela McDowella. Oczywiście są to zupełnie inne historie, ale w obu przypadkach ogromną rolę odgrywa atmosfera małego miasteczka, pod którego spokojną powierzchnią kryje się coś bardzo niepokojącego. Bohaterka trafia do zamkniętej społeczności, gdzie wszyscy zachowują się tak, jakby znali sekret, którego ona jeszcze nie odkryła. To właśnie ten powolny narastający niepokój najbardziej przypominał mi pierwsze tomy Blackwater.
Niestety sama lektura nie dostarczyła mi tylu emocji, ile obiecywał pomysł. Książka jest bardzo krótka i przez to wiele wątków rozwija się zbyt szybko, albo po łebkach. Bohaterowie pozostają dość jednowymiarowi, a napięcie, choć obecne, nie osiąga poziomu, którego oczekiwałem. Współczesny czytelnik może też dość szybko domyślić się, dokąd zmierza cała historia, bo przez ponad pięćdziesiąt lat motyw Stepford był wielokrotnie kopiowany, rozwijany, ekranizowany i reinterpretowany.
Ostatecznie bardziej doceniam Żony ze Stepford za ich znaczenie dla gatunku niż za samą historię. To książka, bez której prawdopodobnie nie powstałoby wiele późniejszych thrillerów i horrorów psychologicznych, ale jako samodzielna lektura pozostawiła mnie ze sporym niedosytem.
@WujekAlien pamiętam, ze kiedy miałem naście lat to mi się bardzo podobał pomysł tej książki. No ale to były czasy gdy wciągałem dużo tanich, kieszonkowych wydań z serii Amber Horror, których pełno było w osiedlowej bibliotece.
Po całkiem udanym pierwszym tomie miałem nadzieję, że Andrzej Pupin pójdzie w stronę rozwijania stworzonego świata, zamiast jedynie powtarzać sprawdzony schemat. I dokładnie to zrobił. Rozbłyski ciemności są dla mnie wyraźnie lepszą książką od Szeptów ciemności. Nadal dostajemy mieszankę kryminału, fantasy i weird fiction, ale tym razem autor znacznie śmielej odsłania karty i pozwala czytelnikowi lepiej zrozumieć zarówno głównego bohatera, jak i naturę samej Ciemności.
Jerzy coraz mocniej odnajduje się w świecie, o którego istnieniu jeszcze niedawno nie miał pojęcia. Wiemy już więcej o jego przeszłości, o zasadach rządzących nadnaturalną rzeczywistością i o tym, czym właściwie jest Ciemność. Paradoksalnie jednak wraz z kolejnymi odpowiedziami pojawiają się nowe pytania.
Najbardziej intrygujący pozostaje wątek kobiet z otoczenia Jerzego. Po wydarzeniach z pierwszego tomu znów dochodzi do tajemniczego zniknięcia - tym razem przepada Barbara, jego bogata wspólniczka z agencji detektywistycznej. Problem staje się jeszcze bardziej osobisty, gdy znika również adoptowana przez nią dziewczynka, Zofia, którą Jerzy miał się opiekować podczas nieobecności Barbary. Od tego momentu śledztwo przestaje być jedynie kolejną sprawą detektywistyczną. Staje się czymś znacznie bardziej osobistym.
Bardzo podobało mi się połączenie dwóch pozornie niezależnych historii. Z jednej strony Jerzy prowadzi zawodowe śledztwo, z drugiej desperacko próbuje odnaleźć Zofię, z trzeciej dalej pamięta o ukochanej Wandzie, którą utracił w 1 tomie. Oczywiście czytelnik przeczuwa, że oba wątki muszą się w końcu połączyć, ale autor robi to w sposób naturalny i satysfakcjonujący. Dzięki temu książka ani przez chwilę nie sprawia wrażenia dwóch historii zszytych na siłę.
Świetnie wypada również fragment rozgrywający się na więziennej farmie. Jerzy, działając pod przykrywką strażnika, próbuje od środka zrozumieć, co naprawdę dzieje się w tym miejscu. To jedna z najciekawszych części książki, a zarazem największa. Czego się kompletnie nie spodziewałem, gdy się zaczynała. Zamiast klasycznego śledztwa dostajemy infiltrację zamkniętego środowiska, w którym nie wiadomo, komu można zaufać, a atmosfera z każdą kolejną stroną robi się coraz bardziej niepokojąca.
To właśnie klimat pozostaje największym atutem serii. Nadal miałem skojarzenia z Materią Primą Adama Przechrzty - światem, w którym magia i nadprzyrodzone zjawiska funkcjonują tuż obok codzienności, choć większość ludzi nie ma o nich pojęcia. Mam jednak wrażenie, że Pupin coraz śmielej buduje własną tożsamość i nie ogranicza się już tylko do samego motywu przenikania dwóch światów.
Najbardziej cieszy mnie to, że drugi tom rozwija praktycznie każdy element pierwszego. Bohater jest ciekawszy, nie jest taką sierotą, świat jest bardziej rozbudowany, Ciemność staje się bardziej zrozumiała, a sama intryga ma większy rozmach. Jednocześnie autor zachowuje wystarczająco dużo tajemnic, by po zakończeniu lektury od razu chcieć sięgnąć po kolejny tom. Więc mój plan z wciągnięciem całej trylogii w wekeend pasuje tu jak ulał.
Na minus - świat astralny, sam zamysł super, każdy bohater ma reprezentację w tym świecie i jest to nietypowe/zmodyfikowane stworzenie. Wszyscy po za Jerzym zdają się mieć zwierzątko lądowe albo morski, a on ma Anioła (dlaczego?). Ale to nie jest jedyny zgrzyt, bo Jerzy wchodzi w postać astralną od czasu do czasu i nie do końca ma to uzasadnienie. Gdy prowadzi śledztwo i szuka tropów, to ten przypadek użycia jest ok, ale niewiele później wie, że na więzienie robią rajd sowieci i wtedy jakby zapomina o tej umiejętności. Choć sama walka z nimi jest świetna i mega mi się podobała.
"Rozbłyski ciemności" to przykład kontynuacji, która robi dokładnie to, czego oczekuję od drugiego tomu serii - nie powiela pierwszej części, tylko rozwija jej najmocniejsze elementy. Dzięki temu bawiłem się jeszcze lepiej niż przy "Szeptach ciemności", a świat i Jerzy dali się polubić jeszcze bardziej.
Na to pytanie główny bohater powieści 451° Fahrenheita odpowiada "popiół" i właśnie w tej odpowiedzi tkwi wg mnie sedno tej krótkiej historii. Cała historia toczy się wokół ratowania zasobów umysłowych, które są zawarte w książkach zakazanych przez rząd. Ale to nie próba pokazania reżimu jest istotna, a to jak człowiek wpływa na otaczający nas świat co po sobie pozostawi i czy śmierć takiego człowieka jak kolwiek będzie odczuwalna dla tych co pozostają.
Autor porównał to do dotknięcia - każdy czyn który wykonujemy ma sens bo ktoś to zapamięta i ktoś zacznie działać pod jego wpływem. Takim dotknięcie są między innymi książki, czytając je często mamy refleksje i zmienia się sposób myślenia, który utrwala się tym bardziej im bardziej o niej myślimy. Jeden z efektów tego dotknięcia była poezja przeczytana przez bohatera koleżankom swojej żony. Mimo, że słuchaczek było kilka tylko jedna zalała się łzami i jej nastrój zupełnie się zmienił pod wpływem tego co słuchała, to też pokazuje, że ten dotyk nie działa tak samo na wszystkich i czasem trzeba długo szukać żeby poczuć coś co będzie oddziaływać na odbiorcę w specyficzny sposób.
Tak też robi i główny bohater który mimowolnie stał się nośnikiem fragmentów książki, która przeczytał i przeszedł przemianę od tego co zostawia po sobie jedynie popioły w tego który niesie wiedze.
W zasadzie myślę, że książki są tylko symbolem bo bardziej chodzi tu o to czy to co po sobie zostawimy przetrwa i będzie dotykać innych ludzi tak żeby nasz żywot nie był taki bezsensowny i jakkolwiek mieć wpływ na rozwój przyszłego pokolenia naszego gatunku, który może w końcu nauczy się nie zostawiać po sobie zgliszczy. Można tu przytoczyć przykład biblioteki Aleksandryjskiej, ile wiedzy w niej spłonęło i jak bardzo nasza cywilizacja zatrzymała bądź nawet cofnęła się w rozwoju pozbawiać się tak cennej bazy danych, które być może już nigdy nie zostaną ponownie odkryte.
Moim zdaniem można się tam również doszukiwać snobistycznych wniosków, że książki tracą na jakości że ludzie teraz tylko by tiktoka oglądali i że mimo że została ta powieść wydane parę dekad temu to jest dalej aktualna, ale nie sądzę by tak prosty przekaz był tym głównym o którym autor chciał powiedzieć, a przynajmniej dla mnie to był marginalny element tej historii.
Podsumowując polecam, aczkolwiek książka jest napisana w dość chaotycznym stylu, której fragmenty niekiedy zakrawają o bycie strumieniem świadomości. Ale ma w sobie coś co sprawia, że jest niepowtarzalna i na pewno pobudza do myślenia niezależnie od tego jakie wnioski się z niej wyciągnie.