Hejto.pl

#bookmeter

171
5081

970 + 1 = 971


Tytuł: Sprawa osobista

Autor: Lee Child

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Albatros

Format: audiobook

Liczba stron: 448

Ocena: 6/10


Dziewiętnasty tom przygód Jacka Reachera jest jednocześnie jednym z najbardziej ambitnych i jednym z najmniej „reacherowych” w całej serii. Tym razem stawka jest znacznie większa niż zwykle. Zaczyna się od strzału oddanego do francuskiego prezydenta, a Reacher zostaje wciągnięty w międzynarodową operację z udziałem amerykańskich, brytyjskich i francuskich służb, próbujących namierzyć i wyeliminować potencjalnych snajperów. Pojawiają się agencje wywiadowcze, prywatne odrzutowce, podróże między kontynentami i krajami oraz zagrożenie o globalnym zasięgu.


I właśnie tutaj zaczynają się moje problemy z tą książką.

Doceniam próbę wyjścia poza utarty schemat. Po osiemnastu tomach trudno oczekiwać, że autor będzie wciąż pisał dokładnie tę samą historię. Lee Child postanowił więc zwiększyć skalę wydarzeń i wrzucić Reachera do świata wielkiej polityki, dyplomacji i międzynarodowego wywiadu. Tylko że dla mnie Reacher nigdy nie był bohaterem od ratowania świata, jeśli już to tego lokalnego, ale nie globalnego.


Najbardziej lubię go wtedy, gdy wysiada z autobusu w małym miasteczku, zauważa, że coś jest nie tak, i zaczyna rozwiązywać lokalny problem po swojemu. To właśnie ten małomiasteczkowy klimat, prowincjonalna Ameryka i poczucie, że pod spokojną powierzchnią kryje się zło, stanowiły o sile najlepszych tomów serii. W „Sprawie osobistej” tego po prostu nie ma.


Zamiast samotnego włóczęgi dostajemy Reachera współpracującego z największymi agencjami rządowymi świata i podróżującego prywatnym odrzutowcem. Oczywiście nadal pozostaje tym samym człowiekiem – analitycznym, brutalnie skutecznym i nieprzejmującym się procedurami – ale mam wrażenie, że ten ogromny rozmach trochę odbiera serii jej charakter. Im większa skala wydarzeń, tym mniej miejsca na to, co zawsze działało najlepiej: obserwację ludzi, lokalne konflikty i powolne odkrywanie tajemnicy.


Nie znaczy to, że książka jest zła. Wręcz przeciwnie – Child nadal potrafi budować napięcie, pisać świetne dialogi i sprawiać, że kolejne strony znikają błyskawicznie. Reacher pozostaje bardzo charyzmatycznym bohaterem, a sama intryga ma kilka naprawdę mocnych momentów. Problem polega na tym, że czytałem tę książkę bardziej z sympatii do bohatera niż z autentycznego zachwytu nad historią.


Mam wrażenie, że Sprawa osobista jest trochę jak film akcji, który dostał zbyt duży budżet. Wszystko jest większe, szybsze i bardziej spektakularne, ale gdzieś po drodze ginie część uroku, który przyciągnął nas do serii na początku. Jest trochę jak seria o Bondzie, która straciła swój klimat na rzecz gadżetów, widowiskowych pościgów i wybuchów.


Doceniam próbę odświeżenia formuły i wyjścia poza dobrze znane schematy. Tylko że dla mnie Jack Reacher najlepiej działa wtedy, gdy ratuje małe miasteczko, a nie świat. Czekam na to jak wypadnie w tej kwestii kolejny tom.


Dobijam już powoli do celu na ten rok i po raz kolejny zaczynam czuć, że pisanie o książkach przestaje mnie kręcić, więc od lipca zrobię sobie trochę przerwy i wrócę z książkami za jakiś czas.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #Ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

091c700e-839c-46b9-a4bc-1218528ee5c3

@WujekAlien Twoja wytrwałość przy tej serii godna pochwały.


Jak liczyłem kiedyś to całość miała 28 tomów i kilka półtomów.

Zaloguj się aby komentować

969 + 1 = 970


Tytuł: Gdzie są dorośli

Autor: Nina Lykke

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Pauza

Format: ebook

Liczba stron: 240

Ocena: 7/10


Po lekturze „Dobrze wychowanych” Ewy Kozy trudno nie dostrzec, że „Gdzie są dorośli” opowiada o podobnym problemie, ale z zupełnie innej perspektywy. Tam patrzyliśmy na świat oczami dzieci noszących w sobie dawne rany. Tutaj obserwujemy matkę, która nie rozumie, skąd te rany się wzięły i dlaczego jej dorosły syn nie chce już utrzymywać z nią relacji.


Główną bohaterką jest terapeutka – osoba zawodowo pomagająca innym porządkować emocje, odbudowywać więzi i leczyć rodzinne traumy. Paradoks polega na tym, że sama nie potrafi zrobić tego we własnym życiu. Gdy syn odsuwa się od niej i praktycznie zrywa kontakt, kobieta próbuje zrozumieć, co właściwie poszło nie tak. Problem w tym, że jej wersja wydarzeń nie zawsze pokrywa się z tym, jak mogły wyglądać one z perspektywy dziecka.


To właśnie najbardziej podobało mi się w tej książce. Nina Lykke nie tworzy prostego podziału na winnych i niewinnych. Nie ma tu potwornych rodziców ani idealnych dzieci. Są za to ludzie, którzy przez lata żyli obok siebie, mając zupełnie różne wspomnienia tych samych wydarzeń. I chyba każdy, kto ma rodzeństwo albo rozmawiał z rodzicami o dawnych czasach, wie, jak bardzo pamięć potrafi być wybiórcza.


Bardzo mocno wybrzmiewa tu pytanie: czy można kogoś skrzywdzić, nawet nie zdając sobie z tego sprawy? Bohaterka nie uważa się za złą matkę. Przeciwnie – przez całe życie starała się pomagać innym, wspierać bliskich i postępować właściwie. A jednak okazuje się, że dobre intencje nie zawsze oznaczają dobre skutki. I to jest chyba najtrudniejsza myśl, jaką niesie ta książka.


Szczególnie poruszający jest dla mnie fakt, że bohaterka jest terapeutką. W jej przypadku wiedza psychologiczna nie staje się narzędziem rozwiązania problemu, ale czasem wręcz dodatkową przeszkodą. Łatwiej analizować cudze relacje niż własne. Łatwiej dostrzegać schematy u innych niż u siebie. To bardzo ludzki i jednocześnie bardzo bolesny paradoks.


Lykke świetnie pokazuje też doświadczenie rodzica, który nagle słyszy od dorosłego dziecka: „skrzywdziłaś mnie”, choć sam tego nigdy tak nie postrzegał. Nie ma tu łatwych odpowiedzi ani prostego pojednania. Jest za to ogromna bezradność i pytanie, które zapewne zadaje sobie wielu rodziców: czy można naprawić relację, jeśli druga strona nie chce już jej odbudowywać?


To książka trudna i niewygodna, ale właśnie dlatego tak potrzebna. Bo przypomina, że rodzinne historie rzadko mają jednego narratora, a prawda bardzo często leży gdzieś pomiędzy wspomnieniami różnych osób, a i same wspomnienia jawią się inaczej każdej ze stron.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Osobisty licznik: 120/128

#bookmeter #Ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

3a937132-89bf-4e5e-817d-bb3c59106e77

Zaloguj się aby komentować

968 + 1 = 969


Tytuł: Dobrze wychowani. Jak wytresowana milenialsów

Autor: Ewa Koza

Kategoria: reportaż

Wydawnictwo: MANDO

Format: ebook

Liczba stron: 240

Ocena: 6/10


To jedna z tych książek, które czyta się nie tyle z przyjemnością, co z poczuciem niepokojącej znajomości. Bo choć opowiada o konkretnych bohaterach, ich rodzinach i dzieciństwie, bardzo szybko okazuje się, że wielu czytelników odnajdzie w niej fragmenty własnej historii. Ja również je odnalazłem. I nie wszystkie wspomnienia, które ta książka wyciągnęła na powierzchnię, były przyjemne.


Ewa Koza bardzo trafnie opisuje rzeczywistość wychowania sprzed kilku dekad – świata, w którym dziecko, jak ryba, głosu nie miało. Świata, w którym niemal każdy był „gówniarzem”, „gamoniem” albo „bachorem”, a klapsy, pas czy krzyk były uznawane za normalne i wręcz pożądane metody wychowawcze. Co ciekawe, książka nie próbuje demonizować pojedynczych rodziców czy opiekunów. Pokazuje raczej cały system społecznych przyzwyczajeń, w którym wiele zachowań uznawano za oczywiste i wychowawczo słuszne.


I chyba właśnie to uderzyło mnie najmocniej. Bo czytając Dobrze wychowanych, wracałem nie tylko do własnych wspomnień, ale też do historii kolegów i koleżanek z dzieciństwa. Nagle przypominają się rzeczy, które wtedy wydawały się normalne: wyśmiewanie dzieci przez dorosłych, zawstydzanie, porównywanie rodzeństwa, przemoc fizyczna czy emocjonalna. Dzisiaj wiele z tych zachowań nazwalibyśmy wprost krzywdą. Wtedy były po prostu „wychowaniem”.


Największą siłą tej książki jest to, że pokazuje długotrwałe skutki takich doświadczeń. Trauma nie kończy się wraz z dzieciństwem. Ona dojrzewa razem z człowiekiem, wpływa na relacje, poczucie własnej wartości i sposób budowania bliskości. Bohaterowie tej historii noszą swoje dzieciństwo w sobie jak niewidzialny bagaż – i bardzo wyraźnie widać, że ten bagaż nie zamierza szybko zniknąć.


Jednocześnie książka nie jest oskarżeniem ani aktem zemsty wobec starszych pokoleń. Raczej próbą zrozumienia mechanizmów, które przez lata były przekazywane z rodziców na dzieci. Bo przecież wielu dorosłych wychowywało tak, jak sami zostali wychowani. To nie usprawiedliwia przemocy, ale pomaga zrozumieć, dlaczego tak trudno przerwać ten łańcuch.


To trudna lektura. Nie dlatego, że jest formalnie skomplikowana, ale dlatego, że zmusza do konfrontacji z własną przeszłością. To trudna lektura również dlatego, że autorka spłyciła problem, pokazała go z perspektywy wywiadów, ale bez dodatkowego komentarza, a co za tym idzie trochę chaotycznie i bez stopowania rozmówców, gdy zbyt mocno skupiali się tylko na jednym z aspektów tematu. Dzięki temu książka jest bardziej rzeczywista, ale też dużo trudniej się ja czyta.


Nie powiem, że polecam, bo wyciąga na wierzch to, o czym raczej czytelnik chciałby zapomnieć, a najlepiej nigdy do tego tematu więcej nie wracać.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

67cc4f3f-e904-4ca2-8821-32f72b0f6548

@Telezajaczek mówi o pokoleniu X wychowującym milenialsow ;) nie sprawdzę linka z wykopu bo nie mam tam konta, a bez niego nie da się podejrzeć treści 18+

@WujekAlien wrzucam copy paste posta, ocena to 1/10


"Jak wytresowano milenialsów" - milenialsa (czyli osobę urodzoną między rokiem 1980 a 1997, czyli w takich najpopularniejszych granicach rocznikowych wskazywanych dla pokolenia Y) mamy jednego. Reszta to historię co najmniej pięćdziesięciolatków. Tak więc zaczynamy od "klikbajtu" już na okładce.
A co mamy dalej... 8 krótkich wywiadów z "milenialsami". Są to skrótowe rozmowy o ich dzieciństwie, dorosłości, podejściu do rodziców, rodzeństwa, relacji (w tym partnerskich) itd., dotykające ich traum i stopnia przepracowania tychże. Na wejście dostajemy w twarz mocnymi tematami - z gwałtami i molestowaniem włącznie, więc te "lżejsze" przypadku bliżej końca książki nie robią już takiego wrażenia na czytelniku. W każdym wywiadzie przewija się również pytanie o definicję szacunku, w wykonaniu bohaterów wywiadów, ale w dzieciństwie - odpowiedzi raczej takie, jakich udzieliłaby większość z nas ma etapie podstawówki. Całość kończy rozmowa z Mają Pisarek (psycholożką), która podsumowuje temat przemocy, jest tam trochę o rodzicielstwie i to akurat było najfajniejsze i najbardziej sensowne z całej pozycji.
Książka czyta się szybko i dobrze. To jej jedyna zaleta. Poza tym strata pieniędzy i czasu.

Zaloguj się aby komentować

967 + 1 = 968


Tytuł: Katarzyna Aragońska. Prawowita królowa

Autor: Alison Weir

Kategoria: powieść historyczna

Wydawnictwo: Astra

Format: audiobook

ISBN: 9788367276405

Liczba stron: 640

Ocena: 7/10


Pierwszy tom cyklu powieści historycznych o żonach Henryka VIII. W maksymalnie wierny sposób przedstawia losy Katarzyny Aragońskiej od momentu przybycia do Anglii na ślub z Arturem Tudorem, po ostatnie dni w areszcie domowym, do którego trafiła po ślubie Henryka z Anną Boleyn.


Wieczna księżniczka Philippy Gregory imo nieco lepsza, ciekawsza i bardziej zajmująca. Alison Weir ma porządny warsztat literacki, lecz jej książkom brakuje pewnego polotu, który akurat mają powieści Gregory z tudorowskiej części jej cyklu. I Ostatnią Białą Różę i Prawowitą królową czytało się OK, ale nie czułam się szczególnie zaangażowana, dla mnie to raczej lektury raz.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

bf5fe036-f23f-49e1-8607-48f0bb321621

Zaloguj się aby komentować

966 + 1 = 967


Tytuł: Vulkan żyje

Autor: Nick Kyme

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Copernicus Corporation

Format: książka papierowa

Liczba stron: 433

Ocena: 6/10


“Śmierć jest łatwa. To życie sprawia trudność.”


XXVI część cyklu Herezja Horusa


Książka podzielona jest pomiędzy dwa zasadnicze wątki. Pierwszy dotyczy samego Vulkana i jego losów po Masakrze Strefy Zrzutu. Drugi obejmuje tajemniczy artefakt, partyzancką działalność oddziału niedobitków z rozbitych legionów (Salamander, Żelaznych Dłoni i Kruczej Gwardii) oraz ekspedycję Głosicieli Słowa.


Mam mieszane uczucia.


Co mi się nie podobało?

  • Tak naprawdę niewiele było lore dotyczącego legionu Salamander, ich organizacji, nastrojów, specyficznych zwyczajów itp.

  • O samym Vulkanie też niewiele

  • Za dużo odgrzewanego kotleta z Isstvana V tylko przedstawionego z innej perspektywy.


Co mi się podobało?

  • Dobrze przemyślana struktura, nie nudzi, świetny flow, przyjemnie się czytało.

  • Ciekawa perspektywa Nareka - łowcy Głosicieli Słowa, który jednakże nie podzielał ślepego fanatyzmu swojego legionu i z niesmakiem obserwował upadek dotychczasowych wartości.

  • Przeklęty sadystyczny psychopata Curze.

Podsumowując: całkiem niezła, ale nic wybitnego.


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #warhammer40k #herezjahorusa

0ee975a4-ef0f-4a0c-8d84-0e23596a86e3

@WujekAlien nie wiem czy chcę wszystkie, bo trochę kusi, żeby przeskoczyć te średniaki , do przodu do tomu 55, czyli początku oblężenia Terry, gdzie części 63-67 są ponoć rewelacyjne.


Z drugiej strony, właśnie zaczynam 27. i coś czuję, że będzie perełka, ALE już na początku łączy ona w sobie tak liczne wątki z poprzednich powieści i nawet opowiadań, że prawdopodobnie bym tego tomu nie docenił, gdybym tych poprzednich nie poznał.

Zaloguj się aby komentować

965 + 1 = 966


Tytuł: Milion nowych dni

Autor: Bob Shaw

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Iskry

Format: książka papierowa

Liczba stron: 143

Ocena: 6/10


Ziemia, USA, koniec XXII wieku. Od jakiegoś czasu w użyciu są tzw. biostaty - środki farmaceutyczne, które pozwalają ludziom "utrwalić się" - od czasu ich zażycia ich komórki nie starzeją się, co teoretycznie daje człowiekowi (nazywa się takich "ostudzonymi") nieśmiertelność. Teoretycznie, gdyż w dalszym ciągu można ponieść "śmierć na tysiąc sposobów", choćby ginąc w wypadku czy zamachu. Na dodatek biostaty mają skutek uboczny - jak w seksmisji "paraliżują geny męskie". Ostudzony traci owłosienie i przede wszystkim "męską sprawność". Carewe, księgowy w przedsiębiorstwie Farma, które zajmuje się produkcją m.in tych specyfików ma szansę przetestować nowy typ biostatu - który pozbawiony jest tych problemów.


Zaczyna się bardzo, bardzo ciekawie, utwór klimatem mocno przypomina twórczość Dicka, więc jest dobrze. Niestety rychło powieść przekształca się w thriller szpiegowsko-sensacyjny. Naszego bohatera gonią jakieś typy spod ciemnej gwiazdy próbując go zabić, jego żona zostaje porwana i tak dalej do samego końca. Zakończenie jest z kolei tak żenująco, wręcz kuriozalnie głupie że szkoda nawet gadać (pisać) Nieco podciąga ocenę dobra futurologia, choćby fakt, że bohaterowie tej napisanej w 1970 roku powieści posługują się nawigacją w swych pojazdach. Spodobał mi się też pomysł tatuowanego, synchronizowanego radiowo zegarka na nadgarstku. Poza pomysłem na sztuczną nieśmiertelność nic ciekawego tu nie znajdziemy, ale czyta się nawet nieźle.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

2ce9ae33-1d96-4d2a-9472-e65c0e5f39b9
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

964 + 1 = 965


Tytuł: Gra Geralda

Autor: Stephen King

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 416

Ocena: 5/10


Lubię tworzyć. Nie tylko fizyczne ale też i na przykład literacko. Kto kojarzy moją działalność na portalu to wie że odpowiadam za kilka recenzji perfum, creepypast, czy przebiegłych forteli które mieszają jedno z drugim.


I tak się składa że w ramach tego hobby czytam na przykład jak powinno się pisać, na czym polegają te redagowania i korekty, itp. W miarę takiego czytania, coraz częściej słyszałem o usuwaniu tekstu. Trzeba obcinać wszystko co zbędne. Nie ma sentymentów! Rozdział nic nie wnosi? Wylatuje! I szczerze to nie do końca rozumiałem tę walkę z zamysłem autora, ale Proszę Państwa. Oto przed Państwem książka pokazująca co się dzieje jak autor grafoman ma za dużo sławy, i nikt nie odważy się powiedzieć "panie, ale tu minimum połowę to trzebaby wy⁎⁎⁎⁎⁎olić".


Stephen King, Gra Geralda - recenzja z lekką nutką spoilerów.


O czym jest książka? Opowiada ona historie Jessie która z mężem robi wypad do opuszczonej chatki w środku niczego, gdzie w ramach zabawy erotycznej mąż przywiązuje ją kajdankami do łóżka, po czym sam umiera xD Żeby dobrze nakreślić tempo akcji: książka zaczyna się jak leżą w łóżku, a śmierć męża następuje po około 30 stronach.


Zacznę od najważniejszego: mi się nie podobała.


Po pierwsze: napisanie książki o babie uwięzionej na łóżku to bardzo duże ale i świetne wyzwanie; dodanie miliona głosów w głowie do prowadzenia dialogów to już oszustwo. To tak jakbym powiedział, że napiszę książkę której akcja trwa sekundę, ale główny bohater zatrzymuje czas. No słabo. To nie jest książka o jednej postaci, skoro jest ich wiele (ale urojonych) i normalnie mają dialogi, plany, i się kłócą w głowie.


Po drugie połowa fabuły to retrospekcje. Moim zdaniem - ponownie łatwiza. Tak to można nawet i tysiąc stron książki o siedzeniu na krześle napisać, po prostu po pierwszym zdaniu wrzucamy retrospekcje.


Wątek kosmicznego kowboja strasznie naciągany. No może faktycznie miał moment, że był nieco creepy, ale im dalej w las tym gorzej, a pointa to w ogóle rozwaliła sens xD


Od scen z ojcem bohaterki chciało mi się rzygać, nawet nie będę ich komentował.


Wątki feministyczne miały szczytny cel, ale napisami były (MOIM ZDANIEM) słabo. W sumie nie miały pewnie wcale szczytnego celu, to beletrystyka, raczej miały za zadanie zwiększyć sprzedaż w pewnej grupie odbiorców, ale nadal — (ha, widzicie ten myślnik? czuję się jak Clanker) dało się to poprowadzić dobrze. Wątek protekcjonalności Geralda nie był może przedstawiony dobrze, ale reakcja Jessie na niego była solidnym fundamentem do uznania że ten typ tak ma i że to codzienność. Spoko zagranie. Ale niestety potem te reakcje Jessie zostały wręcz sparodiowane przez nia samą (MOIM ZDANIEM). Bez spoilerów, ale reagowanie na każdą radę oburzeniem "mówi tak, bo jestem kobietą" albo reagowanie na bardzo dobre sugestie (nawet te prawnicze) poprzez "przestałam już wykonywać polecenia mężczyzn!" jest po prostu żenujące (MOIM ZDANIEM). Jessie brzmi jak postać, która na polecenie policjanta "ręce do gory" odparłaby "NIE MÓW MI CO MAM ROBIĆ FACECIKU, RATUNKU PATRIARCHAT" (MOIM ZDANIEM).


(MOIM ZDANIEM) najlepsze postacie kobiece to te, które przede wszystkim są najlepsze, a dopiero potem kobiece. Jeśli z czegoś tak powszechnego jak bycie kobietą robi się główna oś charakteru postaci, to wychodzi z tego autoironia, a nie siła. I tak właśnie (MOIM ZDANIEM) było tutaj. I nie chodzi tylko o płeć, chodzi o monotonną jednofunkcyjną reakcję na każdy detal świata. To tak jakby wstawić postać żołnierza który na każde zdanie reaguje że 'to brak szacunku dla armii' czy coś w ten deseń.


Jednocześnie może też istnieć druga interpretacja tego mechanizmu: jest to realistyczne przedstawienie traumy, i postać nie reaguje racjonalnie ale jest to efekt jej psychologii, a nie zrobienie z niej nośnika idei, dla którego każda sytuacja staje się pretekstem do tego samego schematu reakcji. Bo w sumie... Czy nie znamy takich osób na żywo?


Szczerze to uważam, że to mogłaby być bardzo dobra książka, gdyby z tych kilkuset stron zostawić ich tak... z 80.


A ostatnie 50 stron to powinni obciąć bez konsultacji z autorem, to dosłownie psuje książke, po prostu.


Czytałem wcześniej Colorado Kid - książkę Kinga którąludzie opisują jako bardzo nieKingowską i nieudaną, a dla mnie była o niebo lepsza, więc może po prostu nie po drodze mi z tym autorem?


To co napisałem to nie recenzja, to hejt, może więc spojrzę teraz na plusy?


Pomysł był rewelacyjny, niewinna zabawa która przeradza się w koszmar. Wątki psychologiczne były (absolutnie zbędne) bardzo dobrze poprowadzone i jeśli ktoś lubi takie motywy to się tu odnajdzie. Tam gdzie obietnica kobiety przeżywającej horror w kajdankach była spełniona, tam książka była świetna. Momenty z Princem albo szklanką sprawiały że zapominałem oddychać. Bardzo realistyczne opisy położenia bohaterki, jej bólu, dobre uzasadnienie świata (innych postaci, pory roku, zapachów, no zasadniczo spory kunszt widać).


#bookmeter #czytanie #czytajzhejto #king #ksiazki

3675641c-e0e6-4081-be67-1dbe0473da26

@Opornik generalnie tak jak @Zielczan powiedział, ale jeszcze dostał kopniaka czułego i go to zaskoczyło na tyle że pikawa wysiadła

Zaloguj się aby komentować

963 + 1 = 964


Tytuł: Kiedy wilk wróci do domu

Autor: Nat Cassidy

Kategoria: horror

Wydawnictwo: Akurat

Format: ebook

Liczba stron: 416

Ocena: 9/10


To jeden z tych horrorów, które bardzo długo sprawiają wrażenie, że wiemy, dokąd zmierzają. Mamy bohaterkę z bagażem traum, mamy niepokój czający się na granicy rzeczywistości i wyobraźni, mamy pytanie, czy zagrożenie jest prawdziwe, czy może stanowi jedynie materializację lęków, których nie udało się przepracować. Przez większą część książki wydawało mi się, że czytam solidny, dobrze napisany horror psychologiczny. Dopiero końcówka pokazała mi, jak bardzo się myliłem.


Historia skupia się na kobiecie próbującej poradzić sobie z własną przeszłością, gdy nagle jej życie zostaje wywrócone do góry nogami przez wydarzenia, które nie powinny mieć miejsca. Musi zaopiekować się chłopcem, którego ściga przemocowy ojciec, pod postacią ogromnego wilka, niszczącego wszystko i zabijającego każdego na swojej drodze. Cassidy bardzo umiejętnie buduje atmosferę niepewności. Czytelnik przez długi czas nie wie, czy ma do czynienia z czymś nadprzyrodzonym, czy raczej z rozpadem psychiki bohaterki. I właśnie ta niejednoznaczność działa tutaj najlepiej.


Największą zaletą książki jest sposób, w jaki autor wykorzystuje motyw lęku. To nie jest horror oparty wyłącznie na potworach, krwi czy jumpscare'ach przeniesionych na papier. To historia o strachu, który rośnie, żywi się wspomnieniami i stopniowo przejmuje kontrolę nad życiem człowieka. Cassidy świetnie pokazuje, że najgorsze potwory często rodzą się z traum, które nosimy w sobie od lat.


Przez pierwsze 80% książki oceniałbym ją na mocne 7/10. Czytało się bardzo dobrze, klimat był gęsty, bohaterowie interesujący, ale nie miałem poczucia obcowania z czymś wyjątkowym. Autor sprawnie korzystał ze znanych motywów horroru psychologicznego i robił to lepiej niż większość współczesnych twórców, ale nadal wydawało się, że zmierza do dość standardowego finału.


A potem przychodzi końcówka. I to właśnie ona sprawiła, że będę tę książkę pamiętał jeszcze długo po zakończeniu lektury. Cassidy nie tylko podkręca tempo, ale całkowicie zmienia skalę wydarzeń. Horror staje się bardziej brutalny, bardziej emocjonalny i znacznie bardziej osobisty. To jeden z tych finałów, które sprawiają, że nagle zaczynamy patrzeć inaczej na to, co przeczytaliśmy wcześniej. Wszystkie elementy układanki zaczynają wskakiwać na swoje miejsce, a napięcie osiąga poziom, którego zupełnie się nie spodziewałem.


Szczególnie podobało mi się to, że autor nie poszedł na łatwiznę. Mógł zakończyć historię w sposób bezpieczny i przewidywalny, ale zamiast tego postawił na rozwiązania odważniejsze, bardziej emocjonalne i znacznie mocniej uderzające w czytelnika. To właśnie wtedy książka z dobrego horroru zamienia się w coś naprawdę nietypowego.


"Kiedy wilk wróci do domu" jest więc dla mnie trochę nierównym doświadczeniem. Większość czasu czytałem bardzo dobry horror psychologiczny, ale ostatnie kilkadziesiąt stron było już horrorem wybitnym. A że zakończenia mają dla mnie ogromne znaczenie, finalnie oceniam całość wyżej, niż wskazywałaby na to sama pierwsza część książki.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

89b6dc2a-a5eb-4ad7-bd05-bd27a60e7209

Zaloguj się aby komentować

962 + 1 = 963


Tytuł: Mistrz i Małgorzata

Autor: Michaił Bułhakow

Tłumaczenie: Irena Lewandowska

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


***


Mówimy, jak zawsze, różnymi językami – powiedział Woland. – Ale rzeczy, o których mówimy, nie ulegają od tego zmianie, prawda?



Pierwszy raz Mistrza i Małgorzatę przeczytałem w liceum i wówczas mi się ta książka zupełnie nie podobała (a po latach pamiętałem z niej tylko to, że latali na świni). Teraz, kiedy przeczytałem ją po raz drugi, nie podobała mi się trochę mniej.


Zaczyna się bardzo, bardzo ciekawie – oto w Moskwie, na Patriarszych Prudach pojawia się diabeł (diabeł, jak wiadomo, mieszka za granicą). Co istotne, wtrąca się ten diabeł w rozmowę dwóch literatów, z których jeden usiłuje przekonać drugiego, że diabeł (no dobra, Bóg, ale oni są przecież komplementarni) nie istnieje. Świetny jest ten Woland, szczególnie na początku. Ten, który, wysłuchawszy wcześniej planów Berlioza, stwierdza że to się raczej nie uda. Ale później, jeśli o mnie chodzi, zaczęło się robić gorzej.


Może ja za mało wiem o ZSRR (albo o totalitaryzmach w ogóle) i nie potrafiłem sobie jakoś przełożyć tego wszystkiego o czym czytałem na bardziej dla mnie zrozumiały język i rzeczywistość albo do mnie trzeba wprost, jak do prostaka, bo ja tak naprawdę nie potrafię powiedzieć o czym przeczytałem, a historia sama w sobie jako całość (albo trzy całości) zupełnie mnie nie zachwyciła. Owszem, były ładne obrazki – było to, co przewidział Woland, a co spowodowało, że Berliozowi nie udało się jego planów zrealizować, był bal u szatana i byli na nim bardzo ciekawi goście, była wreszcie pierwsza prośba Małgorzaty po tym balu i każda z tych scen (a jeszcze i kilka innych) bardzo mi się podobały. Tylko połączone ze sobą jakoś nie bardzo mnie porwały.


A może była to kwestia tłumaczenia, bo czytałem pierwszy polski przekład, ponoć niepełny (choć zostałem ostrzeżony, no ale nie sprawdziłem co ja czytam zanim czytać nie skończyłem, bo przecież jak już zacząłem…)?


W każdym razie u mnie Mistrz i Małgorzata w kwestii podobania się ma tendencję wzrostową, więc jeśli kiedyś zabrałbym się do trzeciego do tej książki podejścia (i może nawet sprawdzę przed czytaniem co ja będę czytał i czy na pewno to to, co przeczytać chcę, choć pewnie będzie to nie wcześniej niż na emeryturze, no chyba że przyjdzie Woland (albo jakiś inny kryzys) i okaże się, że moje plany emerytalne to się raczej nie udadzą), więc jeśli kiedyś zabrałbym się do trzeciego do tej książki podejścia, to może jest szansa że ją zrozumiem albo nawet na to, że będzie mi się podobać? Chyba że wcześniej znajdzie się ktoś, kto mi wytłumaczy o i czym ona jest i na czym tak właściwie polega jej urok? Choć już teraz mam pewne podejrzenia.

3d5873da-9709-488e-af15-6f6200e31f42

@George_Stark mi sie bardzo podobało jak czytałem do szkoły, ale to może dlatego że wtedy nic nie czytałem, a to było dziwne i odjechane, a nie jak jakieś polskie gówna xD

Zaloguj się aby komentować

961 + 1 = 962


Tytuł: Siedem lat w Tybecie

Autor: Heinrich Harrer

Kategoria: Biografia

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Format: ebook

ISBN: 9788381161893

Liczba stron: 504

Ocena: 6/10


Książka to zapis podróży autora po bezdrożach Tybetu, a w drugiej części książki opis życia w stolicy kraju, Lhasie. Autor skupia się głównie na ukazaniu gościnności Tybetańczyków(szczególnie w drugiej części), ich kultury i życia religijnego. Mniej entuzjastycznie podchodzi do ukazania minusów, wśród których w owym czasie można wymienić m.in . korupcję i silne zamknięcie w religijnej skorupie, co prowadzi do zacofania kraju w wielu dziedzinach.


Wygrywem książki jest z pewnością Dalajlama, który jest tutaj przedstawiony jako wyjątkowo inteligentny i godny podziwu władca, który mógł zmienić kraj na lepsze(niestety chińska inwazja nie dała szansy, by zabłysnął). Część dotycząca jego osoby była chyba jedną z ciekawszych w tej pozycji. Za to reszta bohaterów książki jest zarysowana słabiutko, po przeczytaniu całości może poza towarzyszem Harriera podczas całej przygody w Tybecie trudno mi przypomnieć sobie jakiegokolwiek innego człeka, który przewinął się przez strony tego dzieła.


Brakowało mi więcej interakcji z prostym ludem Tybetu, co też miało miejsce w pierwszej części książki, jednak było tego niestety bardzo mało. Autor to chwalipięta, który wolał zdecydowanie więcej miejsca poświęcić zabawom wśród wyższych sfer w stolicy.


Finalnie to całkiem interesujące spojrzenie na dawną kulturę Tybetu, niestety jest tutaj trochę dłużyzn i słabszych fragmentów, dlatego "tylko" 6/10.


PS. Jakoś tak nigdy nie miałem okazji obejrzeć wersji filmowej, tak więc nie będzie chyba lepszego czasu niż teraz, kiedy skończyłem książkę. Podobno mocno zmieniona względem oryginału, więc jako fanowi "wiernych" adaptacji pewnie nie przypadnie mi do gustu, ale nadzieja umiera ostatnia, więc i tak zamierzam rzucić okiem.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki

92da6865-70d5-4538-9d0b-1c56cbbe6f8f

Zaloguj się aby komentować

960 + 1 = 961


Tytuł: Projekt Hail Mary

Autor: Andy Weir

Kategoria: fantasy, science fiction

Format: audiobook

Ocena: 7/10


Przesłuchałam.


Cieszę się. Wy też. Pytam.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #fantastyka #scifi #ksiazki

497c89b7-2f96-42fb-9be0-20e66c3039f7

Zaloguj się aby komentować

959 + 1 = 960

Tytuł: Gliff

Autor: Ali Smith

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: W.A.B.

Format: ebook

Liczba stron: 272

Ocena: 8/10

Po lekturze Kwartetu Pór Roku (Jesień, Zima, Wiosna, Lato) można było odnieść wrażenie, że Ali Smith wyrobiła sobie już dość mocno swój unikalny styl. Jej książki zawsze były mniej zainteresowane samą fabułą, a bardziej językiem, skojarzeniami, znaczeniami i tym, jak opowieści wpływają na nasze postrzeganie świata. „Gliff” idzie dokładnie tą samą utartą ścieżką, ale robi to w znacznie bardziej dystopijnym wydaniu.

Fabuła skupia się na rodzeństwie o Bri i Rose o żyjących w niedalekiej przyszłości, w rzeczywistości przypominającej świat, który skręcił o kilka stopni za daleko w stronę kontroli, kategoryzowania ludzi i technologicznego nadzoru. Pewnego dnia wokół ich domu pojawia się tajemnicze oznaczenie (czerwona linia), które sprawia, że stają się wyrzutkami. Zmuszeni do ucieczki próbują odnaleźć się w świecie, który coraz częściej traktuje ludzi nie jak jednostki, ale jak dane do przetworzenia. Towarzyszy im koń o imieniu Gliff, który staje się jednym z najważniejszych symboli całej historii.

Najbardziej podobało mi się to, że Smith nie pisze klasycznej dystopii. Nie interesuje jej tworzenie szczegółowego świata przyszłości, ani tłumaczenie mechanizmów działania systemu. Tak jak w swoich wcześniejszych książkach bardziej skupia się na ludziach, języku i emocjach. Świat poznajemy fragmentarycznie, czasem wręcz przez przypadek, a wiele rzeczy pozostaje niedopowiedzianych i niewyjaśnionych. Dzięki temu książka ma bardzo specyficzny klimat niepewności, jakby wszystko znajdowało się lekko poza naszym zasięgiem.

To również kolejna książka Smith o znaczeniu słów. Autorka od lat pokazuje, że język nie tylko opisuje rzeczywistość, ale wręcz ją tworzy. W „Gliffie” ten motyw jest szczególnie mocny. Bohaterowie funkcjonują w świecie, gdzie odpowiednie nazwanie człowieka może decydować o jego losie. To książka o etykietach, definicjach i próbach zachowania własnej tożsamości w rzeczywistości, która chce wszystko uporządkować i skatalogować.

Jednocześnie mam wrażenie, że „Gliff” jest bardziej pomysłem niż historią. Podobnie jak w części wcześniejszych książek Smith, bardziej podziwiałem jej inteligencję i konstrukcję niż przeżywałem losy bohaterów. Niektóre fragmenty są świetne, inne celowo chaotyczne i wymagające dużej cierpliwości. To jedna z tych książek, które czasami bardziej się analizuje niż czyta.

Mimo tego bawiłem się bardzo dobrze. Smith nadal potrafi pisać w sposób, który zmusza do myślenia, a jednocześnie nie zamienia powieści w filozoficzny wykład. „Gliff” jest pełne ciekawych pomysłów, niepokojących wizji przyszłości i pytań o to, co właściwie czyni nas ludźmi. To może nie jest najlepsza książka Ali Smith, ale bardzo udana kontynuacja tematów, które rozwija od lat. Dystopia bardziej literacka niż fabularna, bardziej oparta na ideach niż akcji, ale zdecydowanie warta poznania.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz\ #bookmeter #Ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

fc30dda3-528b-431e-bd84-09a2409fd1b5

Zaloguj się aby komentować

958 + 1 = 959


Tytuł: Cień Kata

Autor: Gene Wolfe

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Iskry

Format: książka papierowa

ISBN: 83-207-1425-7

Liczba stron: 301

Ocena: 8/10


Świat umiera. Czerwone słońce Urth powoli gaśnie.

Severian, obdarzony pamięcią absolutną członek Konfraterni Poszukiwaczy Prawdy i Skruchy, potocznie nazywani katami i takież czynności wykonującymi, opowiada swoją historię. Od dzieciństwa jako sierota wychowana przez bractwo, przez okres ucznia swego fachu aż do przerwanego zdradą czeladnictwa. Wplątany w intrygę, zostaje wydalony z Wieży Matachina, kolebki jego konfraterskiej rodziny, i wyrusza przez Niezniszczalne Miasto Nessus, największe miasto planety Urth do odległego Thrax, Miasta Bezokiennych Pokoi, uzbrojony jedynie w miecz Terminus Est i własne doświadczenie.

Na nowo uczy się życia i zwyczajów od plejady osób poznanych pod drodze jak ekscentryczny przedsiębiorca doktor Talos czy tajemnicza Dorcas.


Pierwsza część cyklu Księgi Nowego Słońca. Książka jest dobra. Przyciąga ciężki i mroczny klimat i oryginalny świat będący czymś pośrodku fantasy i science-fiction.

Dobrze opisane jest rozwarstwienie społeczne dzielące arystokrację, która nawet fizycznie różni się od innych warstw społecznych, i zwykłego gminu. Chwilami rozdziały się dłużą, zwłaszcza te opisujące codzienne życie bohatera w bractwie, ale w drugim akcie już są bardziej wciągające.

Dodatkową ciekawostką jest że to chyba jedyna książka, a przynajmniej z tego co na szybko potrafię sobie przypomnieć, kończąca się cliffhangerem, praktycznie wymuszającym sięgnięcie po kolejny tom.


Polecam.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #fantastyka #scifi

88e72641-d3e8-4f7b-af5a-483f80c38206

Zaloguj się aby komentować

957 + 1 = 958


Tytuł: Oko potwora

Autor: Jacek Dukaj

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Format: audiobook

Ocena: 8/10


Czas trwania: 4h 22m

Czytał: Filip Kosior


“Biedny małpi mózg nie spocznie póki nie obrysuje zagadki pięknym, symetrycznym sensem.”


Dawno niczego nie słuchałem, ale @WujekAlien namówił


Frachtowiec Behemot w drodze na Jowisza pada ofiarą sabotażu układu nawigacyjnego i niespodziewanie schodzi z kursu.


Stylistyka rzeczywiście bardzo przypomina niektóre z dzieł Stanisława Lema. Pełna tajemnicy i refleksji, hipotetycznych rozważań i dyskusji. Pokazuje maluczkość człowieka w kosmosie nie tylko fizyczną, ale przede wszystkim ograniczenia jego umysłu.


Uwagę zwraca język, daleki od potocznego, momentami wręcz poetycki, pełen literackich zwrotów, skomplikowanej terminologii, typowych dla fantastyki naukowej neologizmów, ale też archaizmów.


Lektura krótka, ale gęsta, bardzo dobre klasyczne sci-fi, ale to nadal Dukaj, więc wcale nie jest prosta i wymaga pewnego wysiłku. Może się wręcz wydać nieco przeintelektualizowana. Nie za bardzo nadaje się do słuchania przy okazji wykonywania innych czynności.


Filip Kosior jak zwykle spisał się znakomicie: kapitan mówi głosem Horusa Luperkala, a inżynier Tarika Torgaddona?


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #literaturapolska

13d15710-c183-49b1-a5fd-9c98b28742e3

@saradonin_redux beka że wydają po kolei każde opowiadanie z Króla bólu osobno, takiego skoku na kasę dawno nie widziałem

@Hilalum dlatego postanowiłem sprzedać Linię oporu. Kupiłem ją z rozpędu, by mięć wszystkie dotychczas wydane książki Dukaja w twardej, ale przy takim ich podejściu mam to w dupie.

Zaloguj się aby komentować

956 + 1 = 957


Tytuł: Wyspa bijących serc

Autor: Laura Imai Messina

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Relacja

Format: ebook

Liczba stron: 320

Ocena: 8/10


Niektóre książki mają tak nietypowy punkt wyjścia, że trudno uwierzyć, iż powstały na bazie prawdziwego miejsca. Wyspa bijących serc jest właśnie taką historią. Inspiracją dla powieści stała się istniejąca w Japonii wyspa Teshima, na której znajduje się archiwum ludzkich głosów - miejsce, gdzie ludzie zostawiają wiadomości dla tych, których już nie ma. Brzmi niezwykle, a jednocześnie trochę nierealnie. I właśnie wokół tego pomysłu Laura Imai Messina buduje swoją opowieść.


Główni bohaterowie to ludzie naznaczeni stratą. Każde z nich próbuje poradzić sobie z pustką pozostawioną przez bliskich, choć robią to na zupełnie różne sposoby. Spotkanie ich losów prowadzi do historii bardziej o żałobie i pamięci niż o samych wydarzeniach. To książka bardzo spokojna, momentami wręcz kontemplacyjna, która nie próbuje szokować czytelnika ani przyspieszać tempa tam, gdzie nie jest to potrzebne.


Najbardziej podobało mi się to, że autorka nie traktuje straty wyłącznie jako źródła cierpienia. Owszem, jest tu dużo smutku, ale równie dużo miejsca poświęcono pamięci, wspomnieniom i temu, jak obecność zmarłych potrafi nadal wpływać na życie tych, którzy zostali. Telefon, do którego nie można się dodzwonić, a mimo to ludzie zostawiają w nim wiadomości, jest jednym z najpiękniejszych literackich symboli, jakie spotkałem w ostatnim czasie.


Książka bardzo mocno korzysta też z japońskiej wrażliwości. Nie ma tu wielkich dramatycznych scen ani emocjonalnych eksplozji. Zamiast tego dostajemy ciszę, niedopowiedzenia i małe gesty, które znaczą więcej niż długie monologi. Dla jednych będzie to ogromna zaleta, dla innych wada, ale mnie ten sposób opowiadania historii bardzo odpowiadał.


Co ciekawe, mimo że centralny motyw jest tak niezwykły, książka ani przez chwilę nie wydaje się sztuczna. Wręcz przeciwnie - im dłużej ją czytałem, tym bardziej myślałem o tym, że każdy człowiek nosi w sobie rozmowy, których nigdy nie odbył albo nie zdążył dokończyć. Autorka wykorzystuje niezwykły pomysł, by opowiedzieć o czymś bardzo uniwersalnym.


To jedna z tych powieści, które nie opierają się na zwrotach akcji ani tajemnicach. Jej siłą są emocje, atmosfera i refleksja nad tym, jak radzimy sobie z nieobecnością tych, których kochaliśmy. Może nie jest to książka dla każdego, ale jeśli ktoś lubi spokojne, melancholijne historie o ludziach i uczuciach, to trudno przejść obok niej obojętnie.


Nietypowy pomysł, piękne wykonanie i dużo więcej ciepła, niż sugerowałby temat żałoby.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

efbe1063-6e48-4bc7-b0ce-9fa9237fcc04

Zaloguj się aby komentować

955 + 1 = 956


Tytuł: Ognie niebios

Autor: Robert Jordan

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Format: książka papierowa

ISBN: 9788382022087

Liczba stron: 1136

Ocena: 6/10


No i zaczęło się. Zaczęło się Wielkie Przynudzanie, Wielkie Wydłużanie i Wielkie Plecenie o Rzeczach Nieistotnych. Książka liczy sobie ponad tysiąc stron, wchodzi w najdrobniejsze szczegóły, często i gęsto opisuje rzeczy niezbyt potrzebne, a jednak jeden z najważniejszych i zapewne przez wielu najbardziej wyczekiwany moment tego tomu ma miejsce za kulisami. Żadnej konfrontacji, żadnej epickiej walki, żadnej batalii na słowa, nic. Po prostu w kolejnym rozdziale gość gryzie glebę i tyle. W pierwszych tomach rozwlekły styl mi nie wadził, bo pozwalał przeżywać przygodę razem z bohaterami, ale później tempo wydarzeń zwalnia i taki sposób pisania już się po prostu nie sprawdza w opowiadaniu o powolnej wędrówce przez pustynię albo gniciu w powozie przez kilka miesięcy.


Niestety zarzuty tutaj się nie kończą; zresztą tak jak aspekt powyższy, tak i ten w każdym kolejnym tomie dawał się coraz bardziej we znaki. Mam na myśli okazjonalne zachowania wielu postaci, pozbawione większego sensu i przeczące całej poprzedniej ich kreacji np. Elayne smaląca cholewy do Thoma. Przeważnie kilka przełączników zostaje w ich głowach przesuniętych na inną pozycję na czas sceny, rozdziału albo dwóch i jedna lub kilka osób zachowuje się inaczej niż zwykle, by potem albo podkulić ogon, albo nigdy o tym już nie wspominać. Również okołomiłosne ekscesy wrzucają wyższy bieg, wywołują w czytelniku jeszcze większe uczucie żenady niż wcześniej i tym bardziej nie mają sensu w odniesieniu do postaci, których to wszystko się tyczy.


Pewne liczby świata przedstawionego zakrawają o absurd i nie potrafię ich usprawiedliwić - armia licząca sobie 160 tys. wojowników, i to tylko z jednego stronnictwa pochodzącego z jednego obszaru. W sumie ich wszystkich było gdzieś z pół miliona, a może nawet i więcej. Jakim cudem pustynny skwar był w stanie wyżywić taką liczbę wojowników i ich "współplemieńców"? To quasi średniowieczy świat, a nie jakiś Młotek Wojenny 40000 albo starożytne Chiny, by w niewartej wzmianki potyczce brały udział miliardy żołnierzy.


Zdarzają się tu przebłyski może nie geniuszu, ale z pewnością dobrej weny, choć niestety zbyt rzadko. Można do nich zaliczyć ogień stosu, którego zasada działania jest doprawdy fascynująca i wprowadza ciekawe implikacje i liczę, że w przyszłych tomach zostaną one wykorzystane do jakiejś mocnej, wielowarstwowej akcji. Dotychczas było pod tym względem raczej bezpiecznie. Na wzmiankę zasługują również problemy Nyaneve i Elayne: uwikłane są w tak wiele intryg, spisków, sojuszy i innych tego typu zależności, że niekiedy mieszają im się wątki i nie wiedzą już, kogo mogą w daną sprawę wtajemniczyć, a komu innemu szepnąć ledwie słówko.


Ze spraw czysto technicznych: początkowe strony rozdziałów są w spisie treści przesunięte o 2 do tyłu względem rzeczywistości. A z prywaty: na pierwszej stronie uświadczyłem nigdy niewidzianego przeze mnie słowa - war w znaczeniu "wielkie gorąco", "ukrop".


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #robertjordan #koloczasu #zyskiska #ksiazkicerbera

d4d3967b-8f81-4538-90cc-37b749501a6a

Zaloguj się aby komentować

954 + 1 = 955


Tytuł: Deszcz

Autor: Michael McDowell

Kategoria: literatura obyczajowa, romans

Wydawnictwo: Albatros

Format: audiobook

Liczba stron: 268

Ocena: 7/10


Po pięciu tomach trudno już traktować Blackwater jak zwykłą serię książek. To bardziej wielopokoleniowa kronika rodziny Caskeyów, która przy okazji okazuje się jedną z najbardziej nietypowych mieszanek sagi rodzinnej, southern gothic i horroru, jakie miałem okazję przeczytać. "Deszcz" jest finałem tej historii i w moim odczuciu bardzo dobrze pokazuje, czym tak naprawdę Blackwater było od samego początku.


Przede wszystkim nie jest to horror w klasycznym rozumieniu. Wiele osób sięga po tę serię z takim nastawieniem i może poczuć się rozczarowanych. Sam miałem podobne odczucia przy pierwszych tomach. Najwięcej grozy dostałem w "Domu", gdzie nadprzyrodzona warstwa wreszcie wysunęła się na pierwszy plan. Później seria ponownie skupiła się bardziej na rodzinie niż "potworach". "Deszcz" kontynuuje ten kierunek, ale robi to już ze świadomością, że wszystkie najważniejsze pytania zostały zadane i trzeba zacząć na nie odpowiadać.


Najbardziej podobało mi się to, że McDowell nie próbuje na siłę zaskakiwać czytelnika. Nie dostajemy nagłego zwrotu akcji wywracającego cały świat do góry nogami ani finału, który miałby szokować. Zamiast tego autor konsekwentnie domyka wątki, które budował przez ponad dwa tysiące stron. Wiele tajemnic związanych z Elinor, jej naturą i wpływem na rodzinę znajduje swoje wyjaśnienie. Nie wszystkie odpowiedzi są podane wprost, ale po raz pierwszy od początku serii miałem poczucie, że puzzle zaczynają pokazywać pełny obraz.


Bardzo dobrze wypada też sam motyw przemijania. W poprzednich tomach obserwowaliśmy kolejne pokolenia Caskeyów walczące o władzę, majątek i wpływy. W "Deszczu" coraz mocniej czuć, że czas jest przeciwnikiem, którego nie da się pokonać. Bohaterowie starzeją się, umierają, a rodzinne konflikty, które kiedyś wydawały się najważniejsze na świecie, zaczynają tracić znaczenie. To chyba najbardziej melancholijny tom całej serii. Właśnie dlatego tak dobrze działa finał. Nie dlatego, że jest spektakularny, ale dlatego, że wydaje się nieunikniony. Od pierwszego tomu miałem wrażenie, że rzeka Blackwater i związane z nią tajemnice są czymś większym od wszystkich bohaterów. W ostatnim tomie autor wreszcie pozwala temu motywowi wybrzmieć do końca. Jest w tym coś bardzo eleganckiego i jednocześnie smutnego.


Co ciekawe, po lekturze całego cyklu mam wrażenie, że Blackwater jest odwrotnością wielu współczesnych serii. Zwykle autorzy zaczynają od mocnego pomysłu i stopniowo tracą kontrolę nad historią. McDowell zrobił coś odwrotnego. Pierwsze tomy były dla mnie bardziej obyczajowe niż horrorowe i momentami zastanawiałem się, dokąd to wszystko zmierza. Dopiero końcówka pokazuje, że autor od początku wiedział, jaką historię chce opowiedzieć. To też jest ogromnym plusem serii, czuć, że tu nie ma przypadków i niezrozumiałych decyzji.


Jeśli miałbym wskazać najlepszy tom, nadal byłby to dla mnie "Dom". Jeśli miałbym wskazać najważniejszy, byłby to właśnie "Deszcz". To książka, która sprawia, że cała saga nabiera właściwego sensu. Nie jest najbardziej widowiskowa, nie jest najbardziej przerażająca, ale jest dokładnie takim zakończeniem, jakiego ta historia potrzebowała.


Blackwater zaczęło się od powodzi i kobiety wychodzącej z zalanego hotelu. Kończy się deszczem i poczuciem, że przez sześć tomów obserwowaliśmy nie tylko losy rodziny, ale również nieuchronny cykl życia, śmierci i przemijania. Bardzo satysfakcjonujące zakończenie jednej z najbardziej nietypowych sag rodzinnych, jakie czytałem.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

18f6bfa7-221d-4b2f-9b18-35b2bbbaff49

@WujekAlien

Wiele osób sięga po tę serię z takim nastawieniem i może poczuć się rozczarowanych.


Trochę trudno inaczej patrzeć na tę sagę, skoro Albatros reklamuje ją jako arcydzieło horroru, nawet ostatnio na LC wrzucili artykuł sponsorowany który był jedną wielką masturbacją do tego, jakim ta książka nie jest świetnym horrorem. Gdyby opisywali to uczciwie jak Ty, jako obyczajówkę z nurtu realizmu magicznego, może średnia ocen całej serii byłaby wyższa, bo grupa docelowa czytelników byłaby inna, bo wykruszona o czytelników szukających klasycznych horrorów.

@Telezajaczek ja dostałem bana za pisanie uczciwie na Lubimy czytać i miałem sporą spinę z jedną z autorek na portalu, dlatego nie traktuje już ich poważnie ;) kradnę im tylko okładki xD

Ja sięgałem po serię po recenzji na TikToku, która mówiła, że to świetnie domknięta saga rodzinna, a ja tego właśnie potrzebowałem. Dodatkowym plusem jest długość tomów, bo można je wciągnąć w 1-2 wieczory.

@WujekAlien oo, to co się odjebało? Chyba coś więcej, niż zwykła niepochlebna recenzja (jakby za to banowali, mnie już dawno by wywalili xD). Wiesz, ja mam w znajomych typa, który swoje recenzje lubi zaczynać od "autor, Żyd i komunista", bajki recenzuje w stylu "wolne od LEWACKICH zboczeń" i mu nie zdejmują recek, a konto działa bez zakłóceń, to musiała być naprawdę potężna inba, że bana masz.


No i taki opis tej serii jest zgodny z prawdą, a marketingowcy Albatrosa robią z całej sagi współczesnego Lovecrafta, no to taki typowy bait i w sumie nie wiadomo po co, zastosowany, bo fani horrorów czy to w stylu klasycznym, czy Kinga, odbiją się od Blackwater.

Zaloguj się aby komentować

953 + 1 = 954


Tytuł: Kroniki marsjańskie

Autor: Ray Bradbury

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Iskry

Format: książka papierowa

Liczba stron: 175

Ocena: 5/10


Kroniki marsjańskie opisują historię podboju Marsa w latach 1999-2026. Książka napisana w latach 50 ubiegłego stulecia, więc tego, trochę się autor przeliczył Pierwsze podróże na czerwoną planetę prowadzą do poznania złotookich, zwiewnych mieszkańców. Niestety załogi rakiet giną w różnych, dość dziwnych okolicznościach. Nie powstrzymuje to jednak ziemian, którzy wielką falą podążają na "nowy ląd", kolonizując go w stylu dzikiego zachodu, czy też raczej Ameryki w czasach Kolumba. Jako że rdzenni mieszkańcy giną na skutek zarażenia wirusem wietrznej ospy nic nie stoi na przeszkodzie aby zagarnąć ziemie dla siebie.


Jakoś zupełnie nie podeszła mi ta książka. Za mało w niej science a za dużo fiction, w zasadzie klimatu baśni, takie science-fantasy. Ot, choćby na Marsie kolonizatorzy napotykają społeczeństwo które określają jako USA lat 20, małe senne miasteczka wśród prerii. O roślinności, powietrzu, wodzie nie muszę nawet mówić, nieco wizja autora rozminęła się z rzeczywistością. Książka spodoba się za to miłośnikom filozofowania, stawiania pytań o naturę i skutki ekspansji człowieka. Mnie nie do końca spodobała się też konwencja, w której na książkę składają się krótkie opowiadanka, z których mamy budować sobie świat. Niestety, sprowadza się to do tego, że czytasz, zaczynasz poznawać jakąś postać i nagle bam, następne opowiadanie jest pół roku później na drugiej stronie planety z zupełnie innymi postaciami - albo w ogóle na Ziemi. Wiem że to mega klasyk, recenzje na lubimy czytać są super, ale jakoś nie potrafiłem się w to wciągnąć. Takie naciągane SF, jak to ktoś stwierdził w jednej z recenzji - poezja napisana prozą. Nie dla mnie.


#bookmeter

e757f863-e04d-4a77-b9fd-4c451be8e203
trixx.420 userbar

Kroniki marsjańskie wałkują drugi największy kompleks amerykański - kolonizację. Ten pierwszy to Wietnam.


Bradbury podchodzi do tego tak dość nie wprost. Ale to te same motywy - utraty oryginalnej tożsamości, likwidacji tubylców, etc.

@Dzemik_Skrytozerca to jest w ogóle bardzo popularny temat w literaturze sci-fi od Lema po Warhammera40k, bo można z niego wyciągnąć wiele ciekawych zagadnień.

Zaloguj się aby komentować

952 + 1 = 953


Tytuł: Elżbieta York. Ostatnia Biała Róża

Autor: Alison Weir

Kategoria: powieść historyczna

Wydawnictwo: Astra

Format: książka papierowa

ISBN: 9788367276399

Liczba stron: 560

Ocena: 7/10


W odróżnieniu od Białej księżniczki Philippy Gregory, Ostatnia Biała Róża nie obraża rigczu czytelnika, rzetelnie oddaje życie Elżbiety York bez brnięcia w totalnie odjechane teorie spiskowe, a bohaterowie powieści są pełnowymiarowymi postaciami, a nie chodzącymi karykaturami. Książka Weir, jakkolwiek nie jest arcydziełem powieści historycznej i miejscami bywa przesłodzona, na pewno o wiele bardziej zasługuje na polecenie, już nie mówiąc o hype, patronacie Lubimyczytać i ekranizacji, niż durne wymysły Gregory.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

9e974dc8-be2a-4d43-b9ec-07b3991b8ad5

Zaloguj się aby komentować

951 + 1 = 952


Tytuł: Cockpit

Autor: Jerzy Kosiński

Tłumaczenie: Mira Michałowska

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


***


Wykonawszy kilka zdjęć, poprosiłem ją, żeby oburącz uniosła włosy nad głowę. Posłuchała mnie. Następnie powiedziałem, że muszę zmienić obiektyw. Skinęła głową. Odchyliłem się w fotelu i nacisnąłem włącznik.



Nie ukrywam, że przeczytałem tę książkę dla jednej sceny. Jednej z tych chorych paskudnych scen, że jakaś kobieta, pół-k⁎⁎wa, którą wydał bogato za mąż nie była posłuszna i zwabił ją gdzieś, dał zastrzyk obezwładniający oraz wynajął trzech plugawych owrzodzonych włóczęgów, żeby ją na jego oczach brutalnie rżnęli, a on sam na to patrzył i robił zdjęcia. W Cockpicie to było chyba, a potem ją napromieniował, o której dokładnie takie słowa mogłem przeczytać w Good night, Dżerzi pana Janusza Głowackiego. No to przeczytałem ten Cockpit (taka scena faktycznie tam była, może nie aż tak chora, jak cała prowadząca do niej sytuacja) i nie żałuję. Ale żebym się z tej lektury jakoś szczególnie cieszył, no to też jednak nie. Tym bardziej, że Cockpit przeczytałem zaraz po Krokach i, moim zdaniem, te książki bardzo niewiele się od siebie różnią. Różnią się tak mało, że gdyby zostały wydane w jednym tomie, pod wspólnym tytułem, to niewiele by to zmieniło.


W Cockpicie, tak jak i w Krokach, czytelnik dostaje zbiór kolejnych opowieści. Różnica polega na tym, że w przypadku Cockpitu wydawca na tylnej okładce informuje mnie, że są to fragmenty z życia tego samego bohatera, uciekiniera z nienazwanego państwa totalitarnego (choć można doszukać się w nim Polski, pomimo zastrzeżenia autora na początku książki, że jest ona czystą fikcją – taka niejednoznaczność całkowicie w stylu pana Kosińskiego, ale sam opis sposobu ucieczki kapitalny!), a w przypadku Kroków informował mnie, że opowieści nie są ze sobą powiązane. Ja tam różnicy (poza jednym bodaj przypadkiem w Cockpicie, kiedy to opowieść rzeczywiście jest kontynuacją jednej z poprzednich) nie widziałem. Dla mnie równie dobrze można by napisać, że to Kroki opowiadają epizody z życia tego samego człowieka, a Cockpit to kilkoro różnych, niepowiązanych ze sobą bohaterów (choć bardzo do siebie podobnych).


Tematyka tej książki, no cóż, również zbliżona do Kroków. Pan Kosiński eksploruje mroczną część natury człowieka. Zajmuje się, takie mam wrażenie, przede wszystkim wynikającą z jakiegoś może lęku albo innego zaburzenia potrzebą dominacji. To właśnie uznałbym jako motyw przewodni wszystkich tych obrazków, jakie autor w Cockpicie mi przedstawił. Charakterystycznym dla pana Kosińskiego wydaje mi się, po lekturze kilku jego książek to, że nie zajmuje się on niczym innym niż tylko przedstawianie zdarzeń. Jego bohaterowie (bohater?) nie mają głębszych rozterek, niekoniecznie zastanawiają się nad swoim działaniem – oni po prostu działają. Czy pod tym wszystkim autor chciał przedstawić cokolwiek innego, czy myślał tylko tak, jak to napisał – nie mam pojęcia. Da się jednak samodzielnie doszukać się w czasie lektury obu tych książek drugiego dna, bo, przynajmniej mnie, pytanie dlaczego ci bohaterowie (ten bohater?) są tacy, jacy są nasuwało się samo.


Cockpit jest bardzo podobny do Kroków i, jeśli ktoś miałby po prostu ochotę zapoznać się z tym, jak pan Kosiński te książki napisał, wydaje mi się, że wystarczy przeczytać jedną z nich (Kroki są krótsze jakby co). Ale sposób, w jaki obie te pozycje są napisane może się podobać. Mnie się całkiem podobał.

1d9fbb61-e577-43f5-a9da-3610d58377c1

Zaloguj się aby komentować