Czy to... kolejny odcinek podcastu Autystyczne Pogaduszki?
Owszem!
Tym razem chłopaki poruszyli temat New Game+ (albo First Game-), czyli porozmawiali o odblokowywaniu zawartości w ramach kolejnych przejść gry. Przykładem „NieR”, w którym trzeba przejść grę, żeby odblokować drugie zakończenie.
@cyberpunkowy_neuromantyk Masakryczne było przejście Call Of Cthulhu: Dark corners of the earth. K⁎⁎wa, żeby odblokować sekretną drugą część zakończenia trzeba było na maksymalnym poziomie trudności przejść jak najszybciej grę, przy małej ilości zapisów. Nie zdobyłem tego niestety
@cyberpunkowy_neuromantyk Gra się składa z kilku (bodaj pięciu?) historii powiązanych ze sobą, ale te powiązania są na początku ukryte i dopiero potem powoli się ta "większa" fabuła odkrywa z pomniejszych, zazębiających się elementów, obszar gry się nakłada/powtarza, ale protagonista się zmienia. Więc jak kolejny już raz kazali zaczynać od zera to jakoś tak... entuzjazm się gdzieś zgubił, a nowych mechanik czy innych wynalazków żeby utrzymać świeżość niestety zabrakło. No i z gameplayem się jakoś nie polubiliśmy, strzelanie mi nie podpasowało, ciężko ocenić czy coś jest na linii strzału jak jest kamera tak wysoko, osłony działają mocno średnio, a większość umiejek zdawała się niewarta paska żeby je odpalać, w zasadzie z samego bullet-time'u korzystałem. Granie pod "z buta wjeżdżam" było przez to na dłuższą metę mało satysfakcjonujące i nawet nieco irytujące. Skradanie z kolei zajmuje za dużo czasu, przeciwników jest dużo, więc olać ich i śmignąć od razu do celu nie bardzo się da, ale nie są za sprytni i eliminacja wszystkich po jednym nie stanowi większego wyzwania, więc całość się robi powolna i monotonna.
No ale dwie pierwsze fabułki zrobiłem w zasadzie ciągiem, dopóki było świeże to było świetne. Klimacik fajny, grafika prosta ale ładna, ciekawa mechanika Vendetty i ludzi z długiem wdzięczności. Niestety na trzeciej postaci się monotonia rozlała i ostatecznie do czwartej nie dotarłem. Może na pierwszych dwóch za dużo czasu poświęciłem na lizanie ścian i sprawdzanie wszystkiego, a trzeba było sprawniej główny wątek pchać? A może przejście z bardzo ciekawej postaci nr 2 do mało ciekawej postaci nr 3 zabiło tempo? Ogólnie gra dobra, kiedyś do niej jeszcze wrócę.
Od dawna nic nie wciągnęło mnie tak bardzo jak „Gra o tron” właśnie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio siedziałem po nocach, czytając po kilka godzin. Do tego stopnia, że potrafiłem „obudzić się”, że jest już druga czy trzecia w nocy, a ja wciąż czytam. Co prawda nie musiałem wstawać rano do pracy, ale nie zmienia to faktu, że nie potrafiłem się też oderwać od lektury.
George R.R. Martin ma niesamowity talent do tworzenia postaci, które po prostu się lubi. Napisałem o tym w opinii o „Rycerzu Siedmiu Królestw” i opinię tę podtrzymuję. Oczywiście perspektywy niektórych postaci (Sansa, Bran) czytałem z mniejszą ekscytacją niż historie Tyriona (mój ulubieniec), Jona czy Daenerys, niemniej wszystkie były ciekawe i ani przez chwilę nie czułem znudzenia. Nawet po obejrzeniu kilku sezonów ekranizacji.
Co zabawne, złapałem się na tym, że pomimo znajomości dalszych wydarzeń, i tak miałem nadzieję, że może w powieści Eddard Stark nie okaże się takim głupcem i nie przyzna wprost, że zna tajemnicę Królowej, a nawet jeśli, to nie odmówi młodszemu bratu Króla, gdy ten zaproponuje przejęcie władzy, póki mają przewagę. Bycie honorowym jest chwalebne, ale lepiej jest po prostu żyć. Poza tym Ned miał już doświadczenie w obalaniu niewłaściwej osoby zasiadającej na Żelaznym Tronie.
Pierwsza część cyklu kończy się wieloma zwrotami akcji - każda z postaci otrzymuje własny - co sprawia, że mam przemożną ochotę zacząć kolejny tom, mimo że obiecałem sobie przeplatać dłuższe książki krótszymi. :' )
Tez mi sie podobalo ale serio gruby to czlowiek bez kszty honoru, sianko za serial przytulil i juz wyjebane. Nawet jak w koncu to skonczy to niewiem czy siegne bo juz dawno zapomnialem w ktorym momencie sie skonczylo.
Dziwisz mu się? Jako pisarz osiągnął chyba wszystko, o czym tylko można zamarzyć. Stał się znany na całym świecie, dostał trzy świetne ekranizacje (wiadomo, „Gra o tron” do pewnego momentu, o „Rodzie smoka” też są mieszane opinie, ale nie można nazwać ich słabymi serialami), na podstawie jego twórczości powstają gierki i mody do gierek. Tak naprawdę to Martin już nic nie musi. x)
@cyberpunkowy_neuromantyk no dziwie, za 20 lat go nie bedzie i to ile zarobil i jak bardzo byl znany bedzie gowno warte, po pisarzu zostaja kartki. Wziol nas w ta zajebista przygode i nie doprowadzil do konca. Szczgulnie teraz kiedy jak juz pisalem finansowo nie musi sie o nic martwic. Jeszcze siedziec i patrzec jak feminninazistowskie scenarzystki z pedo hollywood sraja na wszystko co zbudowales…
Bardzo mnie ta recenzja zachęciła do przeczytania tej książki. Bardzo bym chciał książkę w którą przepadnę tak jak to opisałeś. Niestety tylko 2 razy w życiu na coś takiego trafiłem ;_; ("Kontakt" C. Sagana i cała seria o Wiedźminie).
Ten i inne komiksy kupiłem pod wpływem fascynacji startrekowymi serialami. Pomyślałem, że spotkanie załóg z czterech serii jest świetnym pomysłem, nawet jeśli stało się to z powodu Q. Nie przepadam za tą postacią i uważam ją za męczącą, co na pewno było zamiarem scenarzystów. Podobnie zresztą uważają kapitanowie Gwiezdnej Floty, którzy mieli z nim do czynienia.
No i to spotkanie załóg zostało kiepsko wykorzystane. Załogantów jest na tyle dużo, że trudno było wykorzystać ich wszystkich już w czterdziestominutowym odcinku serialu (przez co niektóre postacie w ogóle się wtedy nie pokazywały), a co dopiero dać im odpowiednio dużo przestrzeni, by wszyscy mogli się zaprezentować na kartach komiksu. Ponadto przez decyzję fabularną, by kapitanowie rywalizowali ze sobą w turnieju zorganizowanym przez Q, nie mają zbyt dużo okazji do interakcji ze sobą. Szkoda, że nie spotkali się w innych okolicznościach, żeby mogli w spokoju porozmawiać ze sobą i powymieniać się doświadczeniami.
Co prawda były momenty, które mi się bardzo podobały, jak różnice technologiczne, do których musiała się dostosować załoga pierwszego Enterprise'a czy Worf, który zobaczył Dax, od dawna nieżyjącej w jego linii czasowej. Niestety, było tego zbyt mało.
Kiedyś usłyszałem o historii Stanisława Pietrowa, który prawdopodobnie uratował świat przed wojną jądrową. Był w sali kontrolnej, gdy czujniki wykryły wystrzelenie najpierw jednej rakiety balistycznej z głowicą jądrową, a po chwili kolejnych czterech. W krótkim czasie musiał zdecydować, czy uznać alarm za fałszywy czy poinformować o nim przełożonych. Poinformowanie przełożonych być może doprowadziłoby do odpowiedzi ZSRR, czyli także wystrzelenia rakiet. Na szczęście nigdy nie przekonaliśmy się o tym, ponieważ Pietrow postanowił przekazać, że to fałszywy alarm. Miał rację.
Na jego decyzję wpłynęły różne czynniki. Chociażby liczba wystrzelonych rakiet - które państwo rozpoczęłoby wojnę wystrzeleniem zaledwie pięciu? Pociski powinny lecieć setkami, jeśli nie tysiącami. Jak o tym myślę, to wydaje się być to idealnym podstępem, jednak Pietrow był innego zdania. Co więcej złamał procedury i, jak sam przyznał, gdyby myślał jak komputer, podjąłby inną decyzję.
No właśnie - co zrobiłby w tej sytuacji komputer? Tego się na szczęście również nie dowiemy, ale próba odpowiedzi na podobne pytanie została podjęta.
W filmie „Colossus: The Forbin Project” bezpieczeństwo narodu amerykańskiego zostało powierzone komputerowi, który ma podejmować decyzje wyłącznie na podstawie zebranych danych. Prezydent Stanów Zjednoczonych podkreślił, że maszyna nie kieruje się emocjami, uprzedzeniami czy dumą. Wydawałoby się więc, że to idealny system obronny dbający o dobro obywateli.
Szkopuł w tym, że ludzie i maszyny inaczej postrzegają „dobro obywateli”. I na braku zrozumienia oraz ludzkim lęku opiera się ten film.
Colossus odkrył istnienie analogicznego systemu obronnego na terenie ZSRR i poprosił o pozwolenie na skomunikowanie się z nim. Gdy po jakimś czasie połączenie zostało zerwane, wymusił jego przywrócenie. W jaki sposób skłonił ludzi do współpracy? Groźbą oczywiście - wysłaną rakietą. Nic dziwnego, że ludzkość przestraszyła się Colossusa, zdolnego do siłowego wymuszenia posłuszeństwa.
Tylko że maszyna, stworzona do zapobiegania wojnom, nie przejmuje kontroli nad Ziemią z osobistych pobudek. Robi tylko to, do czego została zaprogramowana, a że wymaga to ograniczenia wolności ludzi... cóż, mówi się, że cel uświęca środki.
Nie jest to zatem klasyczna opowieść o sztucznej inteligencji, która postanawia zniszczyć ludzkość. Wręcz przeciwnie. Colossus „chce” dobrze dla ludzi dążących do samozniszczenia i żeby temu zapobiec, musi pozbawić ich własnej woli. Niezrozumienie tego przez ludzi prowadzi do podjęcia próby sabotażu. Co ciekawe, Colossus pozwolił im na to tylko po to, żeby w ostatniej chwili udaremnić plan i w ten sposób pokazać, że opór jest bezcelowy.
Pietrow uratował świat dlatego, że nie myślał jak maszyna. Colossus doszedł do wniosku, że właśnie dlatego ludzie nie powinni decydować o własnym losie. Trudno powiedzieć, który z nich lepiej rozumiał ludzkość.
Trudno czytało mi się tę biografię. Nie tylko ze względu na objętość (książka ma tysiąc stron i waży prawie półtora kilograma), ale także dlatego, że wielokrotnie w postaci Vincenta widziałem odbicie samego siebie. Co, jak można się spodziewać, nie należało do przyjemnych doświadczeń, jednocześnie dało swego rodzaju komfort, że „nie tylko ja tak mam”.
Na papierze Vincent van Gogh miał wszystko, żeby wieść szczęśliwe życie: urodził się w szanowanej rodzinie z wpływami, dzięki wsparciu której miał dużą szansę osiągnąć sukces jako marszand. Tym bardziej że wykazywał się zamiłowaniem i ogromną wiedzą na temat sztuki. Jeden z jego stryjów, imiennik zresztą, był współwłaścicielem galerii, w której bratanek rozpoczął pracę. Z kolei jego kuzyn, Anton Mauve, był sławnym malarzem, chętnym do nauczania Vincenta. Również Theo gotów był wspierać brata.
Niestety, Vincent miał też bardzo trudny charakter, co zniechęcało ludzi do niego. Był bardzo kłótliwy i często robił wszystko na przekór - gdy brat zachęcał go do malowania jasnymi kolorami, Vincent malował jeszcze ciemniejszymi – potrafił być natrętny, często powracały do niego różne obsesje, jak ta o posiadaniu własnej rodziny czy miłości, najczęściej nieodwzajemnionej i niemożliwej. Jedynie Theo, głównie z poczucia obowiązku sprawowania opieki nad finansowo zależnym bratem, nie odwrócił się od niego na dobre, mimo że zdarzały się okresy, gdy rzadko ze sobą korespondowali.
To dzięki obfitej korespondencji twórcom udało się napisać tak monumentalną biografię. Co chwilę można natrafić na cytat wyjęty z wysłanych listów, co, jak sami zauważyli, nie do końca jest wiarygodnym źródłem, gdyż ich autor czasem musiał zważać na to, co pisze, czego zaś nie zrobiłby w dzienniku, z założenia niedostępnym dla nikogo oprócz niego. Niemniej jednak ogrom listów pozwolił wejrzeć w rozchwianą psychikę Vincenta van Gogha i w miarę wiernie odtworzyć ją na kartach biografii. Podobnie jak jego losy od narodzenia aż do śmierci.
Okolicznościom śmierci został poświęcony cały rozdział, ponieważ do dzisiaj panuje przekonanie, że Vincent van Gogh popełnił samobójstwo. To byłoby bardzo romantyczne zwieńczenie życia pełnego udręki, jednakże dalekie od prawdy. Bardziej prawdopodobnym przebiegiem zdarzeń było mniej lub bardziej przypadkowe postrzelenie z pistoletu przez młodego chłopaka, którego Vincent nie chciał wydać policji. Autorzy zasugerowali, że malarz nie szukał śmierci, jednakże gdy stanęła mu na drodze, postanowił ją przywitać. Głównie dlatego, że przez całe życie miał wyrzuty sumienia, iż stanowi wyłącznie obciążenie dla swojej rodziny, która z czasem go wyklęła.
Vincent stwarzał wiele problemów i przyniósł rodzinie van Goghów wiele wstydu. Próbował różnych ścieżek w swoim życiu, jednakże wszystkie, oprócz jednej, zakończyły się niepowodzeniem. Także zostanie malarzem spełzłoby na niczym, gdyby nie ogromne wsparcie finansowe Thea przez całe dorosłe życie. Co dziwne, Vincent zdawał się często tego nie doceniać i wymagał od brata większych sum, żeby pokryć swoje często rozrzutne życie. Jednocześnie malarz miał skłonności do życia w ogromnym ubóstwie, niedojadania, karaniu swojego ciała wyczerpującymi spacerami i spania w chłodzie.
Z tego, co wyczytałem, psychiatrzy sugerowali, że Vincent van Gogh mógł cierpieć na chorobę afektywną dwubiegunową, co tłumaczyłoby jego bardzo odmienne zachowania. To jedynie teoria, której nie da się już potwierdzić. Pod koniec jego życia przy ówczesnym stanie wiedzy zdiagnozowano u niego padaczkę, która potrafiła „wyłączyć” go z życia nawet na miesiąc, po czym dojście do siebie też zajmowało trochę czasu. Stanowi jego psychiki na pewno nie pomagało notoryczne nadużywanie alkoholu ani chodzenie na panienki, co przypłacił zachorowaniem na syfilis. Podobnie jak wspomniane już ogromne poczucie winy i wyrzuty sumienia, że stanowi wyłącznie obciążenie dla swojej rodziny.
Czy polecam biografię? Oczywiście, że tak. Z zastrzeżeniem, że będziecie mieli do czynienia z dogłębnym opisem niezbyt szczęśliwego życia, co czasem potrafi przytłoczyć. Przeczytanie książki zajęło mi cztery miesiące, podczas których zdarzało mi się odkładać ją na bok na dłużej. Szczegółowość biografii jest jednocześnie jej zaletą i wadą, ponieważ gdyby przełożyć ją na strony „normalnej” powieści, wyszłoby ich zapewne dwa razy więcej. Brak tu dialogów – jest to bardzo zwarty tekst.
Przyczepić się mógłbym jedynie do umiejscowienia obrazów. W fragmentach, w których autorzy opisywali tworzenie danego dzieła, brakowało mi reprodukcji finalnego obrazu. Owszem, czasem zostały przedstawione omawiane szkice, jednakże najsłynniejsze dzieła Vincenta zostały zebrane w dwóch, moim zdaniem dość losowych, miejscach. Kartkowanie książki w celu znalezienia odpowiedniej strony nie należało do najwygodniejszych.
Niemniej jest to najlepsza biografia, jaką do tej pory przeczytałem.
Obie części na temat Kurska moim zdaniem lepiej obejrzeć na YouTube. Głównie ze względu na archiwalne zdjęcia czy nagrania, które potrafią lepiej zobrazować wydarzenia niż własna wyobraźnia. To jest zresztą coś, o czym autor opowiedział w wywiadzie: że niektórych tematów nie da się przedstawić w formie filmu. Obraz powinien być równie ciekawy co opowiadana historia, więc w przypadku ubogich źródeł wizualnych trudniej jest ułożyć opowieść, by odbiorca nie wpatrywał się przez kilka minut w jedno zdjęcie.
Rozdział o Ludwiku XIV obfitował w wiele absurdów, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Niesamowicie dziwi mnie, że ludzie traktują kogoś lepiej tylko dlatego, że miał szczęście urodzić się w „szlachetnej rodzinie” i nadskakują mu na każdym kroku, byleby tylko skapnęła na nich odrobina wdzięczności. Doprowadzało to do mniej lub bardziej zabawnych okoliczności, jak chociażby towarzyszenie królowi podczas wizyt w toalecie, które potrafiły trwać nawet półtorej godziny. Przez ten czas poddani musieli zabawiać władcę rozmową - nic dziwnego, że mężczyźni tyle czasu spędzają w ubikacjach, skoro otrzymali taki przykład z góry.
Równie ciekawym tematem jest historia gorączki złota w Klondike. Nie spodziewałem się, że na wieść o odkryciu nowych złóż ludzie potrafili rzucić wszystko i wyruszyć w wyczerpującą, prawie że roczną podróż, podczas której wielu nie dotarło do celu. A co najsmutniejsze, że naprawdę niewielu udało się w ten sposób wzbogacić. Trochę przypomniało mi to dzisiejsze naganianie na różne inwestycje. Im później się w nie wejdzie, tym mniejsza szansa, że uda się zarobić.
Zdziwiłem się też, że ludzie chwalili się swoimi odkryciami. Gdyby udało mi się odkryć złoże złota, siedziałbym cicho tak długo, jak tylko by się dało, żeby zmaksymalizować zyski. Po co robić sobie konkurencję? ; )
Po wysłuchaniu rozdziału o upadku Muammara Kadafiego stwierdziłem jaką przewrotnością losu jest to, że w czasach jego dyktatury Libia miała się lepiej niż obecnie. Kadafi dbał o edukację obywateli, o szpitale czy nawet zlecił zbudowanie systemu doprowadzającego wodę spod Sahary na północ kraju. Nie chcę przy tym go gloryfikować, ponieważ nie był dobrym człowiekiem, jednakże w jakiś sposób dbał o swoich obywateli. Zacząłem się zastanawiać, czy rządy jednego, odpowiedniego człowieka nie są przypadkiem lepsze od demokracji, w której decyzje przypadają wszystkim, przez co łatwiej jest ludzi podzielić i doprowadzić do paraliżu w przypadku spornych kwestii. Jasne, istnieje duże ryzyko, że na czele państwa stanie tyran, którego interesować będzie wyłącznie jego interes. Ale...
W rozdziale „WW3” przedstawia, jak w czasach Zimnej Wojny planowano trzecią wojnę światową. Wiedziałem, że kiedyś było blisko jej wybuchu, sam w nieopublikowanej jeszcze recenzji opisałem przypadek pana Pietrowa, którego przeczucie sprawdziło się i nie uruchomił procedury ataku odwetowego, jednakże nie spodziewałem się, że podobnych sytuacji było więcej. To pokazuje, że tak naprawdę do zagłady ludzkości nie potrzeba dużo.
Fascynującym zagadnieniem było także to, że w przypadku wojny nuklearnej i spowodowanym tym cofnięciem ludzkości do czasów średniowiecza lub jeszcze wcześniej, trudno byłoby odbudować cywilizację z powodu braku dostępu do płytkich złóż ropy. Co z kolei mogłoby utrudnić lub wręcz uniemożliwić powrót do obecnego stanu technologicznego. I pytanie, jak ludzie by sobie wtedy poradzili? Czy próbowaliby odzyskiwać surowce z pozostałości po „poprzedniej cywilizacji” czy może opracowaliby nowe metody?
Kolejny raz z ogromną przyjemnością słuchało mi się Tomasza Czukiewskiego. Ponownie zachwycił mnie wybór tematów i sposób realizacji.
Tytuł: Dead Island 2 Developer: Deep Silver Dambuster Studios Wydawca: Deep Silver Vienna Rok wydania: 2023 Gatunek: RPG akcji, akcja Użyta platforma: PC Czas do ukończenia: 89% - 35 godzin Ocena: 8.5/10
#cierpliwygaming pełną gębą. Pierwszy trailer „Dead Island 2”, trzeba zaznaczyć, że świetny, został opublikowany w 2014 roku. Premiera gry nastąpiła w 2023 roku, a ja zagrałem w nią dwanaście lat po zapowiedzi. Czy warto było tyle czekać?
Jak najbardziej tak i to z wielu powodów.
Przede wszystkim zombie pokonuje się bardzo przyjemnie. Można im odcinać bądź łamać nogi i ręce, dekapitacja także się zdarzy, podobnie jak wybita szczęka. Mimo że dość szybko przeszedłem nad tym do porządku dziennego, to na początku obserwowanie, jak zombie stają się coraz bardziej pokiereszowani, dawało sporą satysfakcję. Arsenał jest całkiem urozmaicony, bo można zombie bić grabiami czy kijem bilardowym albo dwuręcznymi młotami, maczetami i tym podobnymi. Z czasem bohater lub bohaterka, bo można wybrać jedną z kilku gotowych postaci, otrzymuje broń palną – pistolety, rewolwery, strzelby, karabiny wyborowe czy automatyczne.
Zombie także są urozmaicone, bo oprócz powłóczących nogami szwendaczy za bohaterem gonią biegacze, siłacze i inne dziwy. Bardzo spodobała mi się ta różnorodność wyglądu niemilców. Nie zabrakło chociażby grubasów (w końcu to USA), siłaczy, którym połączenie wirusa i sterydów dało ogromne mięśnie, strażaków, policjantów, żołnierzy, starszych pań w dresach i wielu, wielu innych.
Skoro już o wyglądzie wspominam, to odwiedzane lokacje są kolejnym ogromnym plusem „Dead Island 2”. Osadzenie historii w Los Angeles może nie było oczywistym wyborem po tropikalnej wyspie z jedynki, ale okazało się strzałem w dziesiątkę. Odwiedzamy najbardziej charakterystyczne dzielnice i miejscówki tego miasta. Moją ulubioną lokacją jest Monarch Studios z planami filmowymi różnych gatunków. I plaża z zasiekami, i plan typowego sitcomu, i azteckie klimaty, i miasto wyjęte rodem z jakiegoś filmu noir. Szczególnie tym ostatnim byłem zachwycony. Przez tę różnorodność gra nie nudzi się, ponieważ co jakiś czas trafiamy do zupełnie nowego otoczenia.
Co do fabuły… zdaję sobie sprawę, że mogę wzbudzać wrażenie, jakby fabuła nie interesowała mnie w grach, jednakże to nieprawda. Po prostu są gatunki, w których opowiadana historia ma mniejsze znaczenie niż w innych. I tak też jest w przypadku „Dead Island 2”, w którym opowieść do pewnego momentu jest dosyć sztampowa. Ot, bohater został ugryziony, okazuje się, że jest odporny na wirusa i nie przemienia się w zombie, wierzy, że musi dotrzeć do przedstawicieli rządu, żeby pomóc w wynalezieniu szczepionki. Potem następuje twist fabularny, który akurat nie przypadł mi do gustu, jednakże historia była na tyle znośna, że nie przeszkadzała mi w cieszeniu się z rozwalania głów zombiaków.
To samo tyczy się zadań pobocznych, spośród których trudno wymienić mi jakieś szczególnie zapadające w pamięć. Nasuwają mi się zadania dla streamerki, która chce nabić wyświetlenia na epidemii i pokazać światu, jak zombie giną w efektywny sposób. Na przykład podpalając je i zrzucając z dachu. Oczywiście zrobić to musi gracz, ale nie sprawia to, że ta misja jest niewiadomo jak fajna. Większość zadań pobocznych sprowadza się do znalezienia lub pokonania czegoś.
W trakcie ich wykonywania bohater natrafia na masę specyficznych postaci, często przerysowanych, jak wspomniana streamera czy podstarzała gwiazda rocka, która cały czas czeka na dostawę pizzy. Albo weteran, który ukrywa się w bunkrze zbudowanym w kanałach. Czasem absurd goni absurd i nie będę ukrywał, że nie do końca trafia to w mój gust, ale hej, pasuje to do klimatu. Kto w końcu zachowywałby się normalnie w obliczu apokalipsy zombie? A co dopiero w przypadku mniej lub bardziej odklejonych celebrytów różnego sortu?
Dlaczego więc wykonywałem te zadania, skoro były takie nieciekawe? Oczywiście dla korzyści majątkowych, czyli mniej lub bardziej wypasionych broni, które najczęściej są nagrodami za poświęcenie swojego cennego czasu. Miałem z tym osobisty problem, ponieważ narzędzia destrukcji mają swoje poziomy i zdarzało się tak, że mniej rzadki przedmiot wyższego poziomu był lepszy od bardziej rzadkiego niższego poziomu. A że początkowo z gotówką, wykorzystywaną do podnoszenia poziomów, bywa krucho, to często wymieniałem sprzęt na lepszy. Co śmieszniejsze, mimo że miałem potężniejsze zabawki, to najczęściej i tak biegałem z najgorszą bronią, ponieważ… było mi szkoda tych lepszych. A potem stawały się zbyt słabe. xD
Bronie można ulepszać aspektami i modyfikatorami, przez co przykładowy miecz może razić prądem albo podpalać przeciwników, młot ma większą siłę obalającą et cetera. Warto zadbać o różnorodność, ponieważ niektóre zombie potrafią być odporne na dany aspekt. Na przykład nie da się podpalić zombie w stroju strażaka. Co fajne, płonącego zombie można ugasić, rzucając w niego „wodną bombą” albo po prostu oblewając wodą z kanistra. Podobnie można też rozlać paliwo, a potem je podpalić, albo rzucić elektrycznym shurikenem w wodę, żeby porazić wszystkich zombie. Dużo z tym zabawy.
Ponarzekam też na rozwój postaci. W trakcie rozgrywki zdobywa się karty z umiejętnościami, spośród których można aktywować określoną liczbę. Ciekawy system, którego wadą jest to, że niektóre karty można znaleźć, więc nie obędzie się bez dokładnego przeczesywania lokacji. I mimo że uwielbiam eksplorację w grach, to zawsze zdarzy mi się coś pominąć. xD
Gra nie tylko wynagradza rozglądanie się różnymi fantami, ale także notatkami, smartfonami z smsami i podobnymi. Twórcy potrafią w narrację środowiskową i często uśmiechałem się albo doceniałem pomysłowość. Na przykład jedna notatka została zapisana przez przypadkowo uruchomioną transkrypcję głosową, przez co przypomniał mi się mem o wysłaniu smsa podczas uczenia starszego pana głosowej obsługi smartfona. xD Albo grupka sporządziła listę charakterystycznych zombie, na którą polowała w ramach rozrywki.
Wracając jeszcze do rozwoju postaci: główną fabułę zakończyłem na 29 poziomie z 30 możliwych do wbicia. Po finale na gracza czeka jeszcze trochę zadań pobocznych oraz dwa dodatki i przyznam szczerze, że robiłem je bardzo na odpierdziel. Ani nie czułem potrzeby zdobywania kolejnych legendarnych, unikatowych broni, ani nie chciało mi się już walczyć z zombie, ponieważ po wbiciu maksymalnego poziomu nie otrzymywałem już punktów doświadczenia. Poza tym gra nie jest na tyle trudna, żeby nie wiadomo jak dopracowywać swój build. Bardziej to kwestia czerpania przyjemności z rozgrywki, a dosyć szybko udało mi się odkryć, co lubię i dążyłem do tego.
DLC kontynuują historię z kampanii i na tym momencie była już dla mnie na tyle odjechana, że ukończyłem je z czystego poczucia obowiązku. W ich trakcie również otrzymuje się nowe karty i zabawki, jednakże, jak wspomniałem, na tym etapie już i tak ich nie potrzebowałem. Tym bardziej, że nie planowałem przejścia drugi raz gry w trybie New Game +.
Mimo to ponownie warto pochwalić twórców za świetne lokacje w obu dodatkach. W szczególności spodobał mi się festiwal muzyczny, choć może zbyt duży.
Gra oferuje także dedykowany tryb kooperacyjny oraz możliwość przejścia kampanii z innymi ludźmi, ale nie wypróbowałem tych możliwości z braku kolegów. xD
Podsumowując, bardzo polecam „Dead Island 2”, jeśli macie ochotę na coś w klimacie radosnego rozwalania zombie. Tym bardziej, że na promocji można ją kupić za około trzydzieści złotych. No i gra jest też bardzo dobrze zoptymalizowana.
@cyberpunkowy_neuromantyk kurde, nie wiem jakoś się odbiłam od tego tytułu, a BARDZO lubie gry tego typu - miałam dwa podejścia - pierwsze zaraz po premierze i pograłam niecałe 2h i zwrot, drugie kilka miesięcy temu - siadło około 12h i deinstalacja ¯\_(ツ)_/¯
ciężko mi nawet się jakoś wytłumaczyć - DL The Beast wciągnęłam jedną dziurką w listopadzie 2025, ponad 70h siadło jak złoto, a tutaj nie potrafiłam się przemóc... nie wiem, może ten kolorowy klimat, momentami krindżowy humor, jakaś taka miałka fabuła - choć wiem, że w tej grze właśnie tak to miało wyglądać ale zombiaki ciepa się miodnie - to muszę przyznać ( ͡° ͜ʖ ͡°)
czasem też tak mam, że zainstaluje grę, pogram kilka godzin - nie podejdzie, ale wrócę za kilka, kilkanaście miesięcy i wtedy nagle oczy jak 5 zł i gram do odcięcia i nagle 70-80h na liczniku xD
„Dying Light” ma jednak mroczniejszy klimat i to mi się bardziej podobało. W sumie oprócz systemu walki i lokacji, to wszystko podobało mi się bardziej właśnie tam. Oczywiście porównuję tylko do jedynki, bo w dwójkę czy „The Beast” jeszcze nie grałem.
#chwalesie , że drugi raz w życiu na maila powiązanego z blogaskiem otrzymałem egzemplarz promocyjny. Co zabawne drugi raz coś, co już sam dawno kupiłem, ale nie o to w tym chodzi.
Po prostu cieszę się, że ktoś odnalazł mojego blogaska i uznał, że warto podesłać mi coś swojego. Tym bardziej, że teraz zrobił to autor, którego kilka książek zostało wydanych, podobnie jak co najmniej kilka opowiadań, a sam regularnie wydaje ziny czy antologie opowiadań różnych autorów.
Szkoda tylko, że tak obijam się z rozwojem swojego blogaska, ale taka sytuacja jest świetnym zastrzykiem motywacji, żeby wziąć się na poważnie za projekt #cyberpunkstories
@cyberpunkowy_neuromantyk możesz kliknąć, to coś pomogę w tym, żebyś materiały wszystkie dostawał za darmo i nie musiał się zaopatrywać Jak prowadziłem serwis muzyczny, to w sumie żadnych wydań nie kupowałem i mam całą bibliotekę razem z winylami, które po prostu wysyłali na tony. To był też powód zamknięcia go, bo było za dużo i cała "redakcja" złożona z trzech osób, nie wyrabiała pisać recenzji. Zwłaszcza, że ja nie pisałem prawie w ogóle, bo skupiałem się na robieniu sylwetek wykonawców.
Niemniej wiem jakie to uczucie dostać pierwsze egzemplarze. Pamiętam do dzisiaj pierwszy. Straszne gówno to było, a dałem 8/10, zupełnie niezasłużone, bo byłem tak podjarany darmówką xD
Kurczę, jestem pod wrażeniem. Chociaż trochę nie rozumiem decyzji o zamknięciu serwisu, skoro cieszyliście się takim zainteresowaniem. Chyba że zainteresowanie wydawców/muzyków nie przekładało się na zainteresowanie odbiorców? Opowiesz, jak to było?
Link do blogaska chętnie podeślę. Jakoś nigdy nie zależało mi na samych „fantach”, bo lubię kolekcjonować rzeczy i wydawać pieniądze w nadziei, że autorzy coś z tego dostaną. Bardziej cieszy mnie uznanie z czyjejś strony, stwierdzenie, że to, co robię, sprawia, że moja opinia może dla kogoś być ważna. Albo sama ułuda, że mój blogasek jest na tyle poczytny, że mogę pomóc w promocji danego dzieła. :' )
@cyberpunkowy_neuromantyk miałem i mam wiele stron, a nie da się ogarniać wszystkiego. Generował raczej takie właśnie profity jak płyty, wejściówki na koncerty, wywiady i kontakty. Niemniej pożerał mnóstwo czasu i zwyczajnie porzuciłem. Dopóki byli chętni do pisania za te fanty, to strona działała. a dużo zaangażowania ode mnie, pod niepewna przyszłość. Reklamodawcy w branży rozrywkowej nie są zbyt hojni i zostawało raptem parę tysięcy, to wiesz. Ja robię strony które chciałbym aby działały beze mnie.
Gdybym na to stawiał to bym rzecz jasna się w to bawił, mam kilka stron generujących tylko straty od lat, ale lubię je prowadzić, więc sobie są. Natomiast w tym przypadku musiałbym w to iść głębiej, a nie widziałem potencjału. Duży przemiał ludzi, bo każdy chce, mało kto umie. Długa historia, ale wygrał rachunek ekonomiczny. Gdyby to był serwis ogólnie o muzyce, to może i bym zostawił, bo mam czasami chęć coś napisać, ale z gruntu powstał jako projekt o polskiej muzyce. A ta mnie nie interesuje w nowych wydaniach i raczej męczy. No nieistotne, podobnych projektów porzuciłem dziesiątki swoim życiu i nie żałuję, to dobre decyzje.
Co do twojego bloga to ja go już znam przecież dlatego jak mówię, chcesz to pisz, porobimy to i owo, żeby to poszło bardziej, a jednocześnie żebyś miał więcej mobilizacji do rozwijania.
Powieść kupiła mnie już w momencie wspomnienia o rywalizacji dwóch naukowców, którą spowodowała chęć utarcia nosa temu drugiemu. A to doprowadziło do zbadania, co to za dziwna substancja zastąpiła wolfram w zamkniętej butelce. Cały ten splot przypadkowych wydarzeń przerodził się w wynalezienie najlepszej rzeczy, jaką mogła spotkać ludzkość - źródła darmowej, czystej energii. Ale czy rzeczywiście to taki cud?
Lamont nie jest o tym przekonany i dążenie do poznania prawdy przyniosło mu zgubę. Najpierw zasugerował, że to Obcy z para-Wszechświata zbudowali Pompę Elektronową, a nie Hallam, określany jej ojcem. Potem zaś sformułował teorię, jakoby Pompa miała w przyszłości doprowadzić do wybuchu Słońca. Nie przysporzyło mu to zwolenników, za to zyskał wielu przeciwników, w tym najpoważniejszego, czyli Hallama, który zniszczył karierę Lamonta.
Druga część przenosi historię do para-Wszechświata, w którym możemy poznać cywilizację Obcych, skrajnie odbiegającą od Ziemian. Podoba mi się antropologiczne podejście do badań, więc z przyjemnością czytałem o społeczności Obcych. Podziwiam wizję autora o świecie, w którym odmienne zasady fizyki mają przełożenie na formy życia. Autor kontynuował to w trzeciej i ostatniej części, pokazując przedstawicieli społeczności od urodzenia żyjących na Księżycu. Nie dość, że to ciekawy pomysł, to jeszcze został wiarygodnie napisany.
Zaskoczyło mnie też to, jak proste było rozwiązanie problemu, przed którym stanął Lamont. Zamiast walczyć z czymś, czego ludzkość w życiu nie chciałaby się pozbyć, wystarczyło stworzyć coś, co zwalczy negatywne skutki Pompy Elektronowej.
O historii Heweliusza słyszałem od dziecka. W końcu prom w ostatni rejs wyruszył z mojego rodzinnego miasta. Temat jest mi tym bliższy, że pracowałem jako spedytor i prowadzeni przeze mnie kierowcy nie chcieli pływać bliźniaczym Kopernikiem. Tłumaczyli, że to pływająca trumna.
To były jednak opowieści i przesądy, a czym innym jest przeczytanie reportażu skupiającego się na bezemocjonalnym przekazaniu faktów o tej katastrofie. Faktów, które przez wiele lat były traktowane jako nieistotne, niewpływające na przebieg katastrofy.
Zdziwiłem się, że ktokolwiek chciał pracować na Heweliuszu patrząc na jego bogatą historię awarii i wypadków. Być może nie wiedzieli o tym, ponieważ armator je zatajał, do czego był skłonny także w przypadku samej katastrofy. Gdyby potwierdzono jego winę (brak odpowiednich napraw, niezgłaszanie wcześniejszych wypadków), musiałby wypłacić odszkodowania rodzinom załogi i pasażerów, a także firmom przewożącym ładunki. Od huraganu nikt by tego nie oczekiwał.
Oprócz przebiegu katastrofy i batalii sądowej, autor przybliżył sylwetki członków załogi i poszczególnych pechowych pasażerów. Nie pominął też różnych ciekawostek okołopromowych, jak chociażby świetnie prosperujący przemyt. Że miało to miejsce, dobrze wiedziałem - mój sąsiad kiedyś wpadł i oprócz odsiadki w więzieniu, zakazano mu wjazdu do Szwecji - jednakże nie sądziłem, że udział w tym procederze potrafiła brać większość załogi.
Koledzy nagrali pierwszy oficjalny, nietechniczny odcinek podcastu Autystyczne Pogaduszki. Tym razem beze mnie, ale i tak zachęcam do przesłuchania. ; )
Tematem odcinka jest moralność i systemy moralności w #crpg
Redakcja „Nowej Fantastyki” ogłosiła konkurs na wiedźmiński fanart. Jako że w społeczności #narysunki pojawiło się wiele świetnych prac, to może ktoś chciałby wziąć udział?
Znajomy oszalałi założył wydawnictwo „Centryfuga”. W ofercie, bądź co bądź na razie niewielkiej, można i będzie można znaleźć powieści historyczne, szeroko pojętą fantastykę (planuję podesłać propozycję zbioru opowiadań, jak już wszystko napiszę ; )) i literaturę dla dzieci oraz młodzieży.
Jako że niespecjalnie stanowię target (może i jestem dziecinny, ale nie przesadzajmy xD), to o opinie poprosiłem dzieci innego kolegi, który kupił dwie książki od Centryfugi właśnie.
„Jak koty Polskę zbudowały” to pięć opowiadań o historii Polski przeznaczonych dla dzieci w wieku od 9 do 15 lat. Zbiór bardziej przypadł do gustu jedenastoletniemu synowi kolegi, który stwierdził, że historie zostały ciekawie napisane. Do tego fajnie zgrało się z tym, że opowiadania przedstawiają wydarzenia, które akurat przerabiał na historii w szkole.
Z kolei dziewięcioletnia córka kolegi otrzymała „Gringo. Gwiazda, która nie spadła”, która jest… psim kryminałem. Główny bohater, biały owczarek szwajcarski, został niesłusznie oskarżony o kradzież kasetki z pieniędzmi (szkoda, że nie torebki ze smaczkami xD). Dziewczyna chwaliła i treść, i ilustracje do niej oraz że chciałaby dostać kolejną część, jeśli ta się kiedyś ukaże. Kolega wspomniał jeszcze, że musiała bardzo się jej spodobać, ponieważ szybko ją przeczytała, a potem w kolejnych dniach wracała do książki, żeby coś jeszcze raz obejrzeć czy przeczytać. Poza tym książka trafiła do jej szuflady z ulubionymi rzeczami.
Jak ktoś ma dzieci albo szuka pomysłu na prezent dla czyjegoś dziecka, albo ma na co dzień do czynienia z dziećmi (może @KatieWee? ;)), to zdecydowanie zachęcam do zainteresowania się książkami z oferty znajomego.
Dla dorosłych też się coś znajdzie, chociażby „Stos Heraklesa” Jana M. Długosza.
Gdyby ktoś nie uwierzył w słowa dzieciaków albo po prostu chciałby sam się przekonać, to na stronie wydawnictwa można przeczytać fragmenty wszystkich wspomnianych książek.
Nie otrzymałem pieniędzy ani żadnych innych korzyści materialnych od wydawnictwa/znajomego. Posta napisałem z czystej chęci pokazania czegoś fajnego.
Z trzema kolegami zagraliśmy w demo gry „Invokyr”. W wielkim skrócie to takie „Jumanji” dla maksymalnie czterech graczy. Rzuca się kostką, pionek przesuwa się po planszy zgodnie z liczbą wyrzuconych oczek, a następnie wylosowany zostaje modyfikator rozgrywki. Są mniej lub bardziej upierdliwe. Przykładem niech będzie myśliwy poruszający się po posiadłości, który może i jest ślepy, ale ma doskonały słuch.
Zanim będziemy mogli rzucić kolejny raz kostką, musimy zebrać odpowiednią liczbę złotych bożków, które również mają swoje modyfikatory. Na przykład wzięcie jednego sprawia, że widzimy maksymalnie na pół metra wokół siebie, a drugiego, że... widzimy obraz innego gracza.
Ukończenie dema zajęło nam półtorej godziny, jednakże uzależnione jest to po prostu od szczęścia w wylosowanych modyfikatorach. No i od tego, jak dużo będzie rund, bo przecież można wyrzucić sześć oczek, a można jedną. ; )
Bawiliśmy się bardzo dobrze. Była masa wpadek, było dużo śmiechu, a to jest według mnie najważniejsze w grach kooperacyjnych. Może wpadki nie do końca są wskazane w przypadku takiego „GTFO”, gdzie błąd potrafi kosztować godzinną misję, ale w „Invokyr” dają dużo radości. Co prawda jak wszyscy zginą, trzeba zacząć grę od nowa, jednakże w trakcie rund można znaleźć różne kostki, spośród których jedna potrafi przywrócić poległych towarzyszy do życia.
Obawiam się jedynie tego, jak dużo pomysłów mają twórcy i czy przez to, że wszystko jest losowe, nie będzie tak, że niektóre modyfikatory będą pojawiać się bardzo często, a niektóre niezwykle rzadko. Mimo to dodałem grę do listy życzeń i jeśli tylko premierowa cena nie będzie z kosmosu, to na pewno kupię pełną wersję.
Od miesiąca codziennie uczę się języka niemieckiego.
To trochę #chwalesie, ponieważ jestem osobą, która bardzo często odkłada rzeczy na wieczne jutro, a trochę podzielenie się przemyśleniami, bo może komuś też to pomoże.
Oczywiście to nie było tak, że z dnia na dzień zacząłem się uczyć po kilka godzin dziennie i obecnie jestem na nie wiadomo jakim poziomie. Rzucanie się na głęboką wodę nigdy nie wychodziło mi na dobre i zawsze szybko się zniechęcałem. Mózg przyzwyczaja się do pewnych schematów, ponieważ jest bardzo leniwy, i trudno jest zejść już z raz wytyczonej ścieżki. Nową trzeba mozolnie wydeptywać.
Dlatego skorzystałem z rady przeczytanej w „Atomowych nawykach”, żeby zacząć od małych kroków. W moim przypadku było to włączenie aplikacji, w której wykupiłem roczny kurs niemieckiego. Przestałem oczekiwać od siebie, że w jeden dzień zmienię całe swoje życie, a zacząłem wymagać od siebie codziennego włączenia aplikacji. Zawsze rozpoczynanie czegoś było dla mnie najgorsze, a tu się okazało, że wcale takie nie jest. I jak już włączyłem aplikację, to przecież mogę zrobić lekcję, prawda? Przerobienie tematu (który jest podzielony na trzy lekcje) wraz z rozwiązaniem quizu na jego końcu zajmuje około dwudziestu, maks trzydziestu minut. Idealnie na wypełnienie czasu przed pójściem do pracy, który do tej pory najczęściej przeznaczałem na przeglądanie internetu.
Zauważyłem, że bardzo ważna jest także umiejętność nienakładania na siebie presji. Choruję na perfekcjonizm, więc dużo od siebie wymagam. Przez to często porzucam robienie czegoś, ponieważ widzę, że nie wychodzi mi to idealnie. Tak jak to było z niemieckim: planowałem kilkugodzinny, nieprzerwany blok nauki, a jeśli tylko wstałem zbyt późno i już na starcie nie dotrzymałem swojego planu, to zniechęcałem się i finalnie nic nie robiłem. Absurdalnie to brzmi, zdaję sobie z tego sprawę, dlatego użyłem słowa „choroba”.
Swego czasu lubiłem porównywać pisanie powieści do przebiegnięcia maratonu. Tę analogię można rozciągnąć na inne czynności. Trudno oczekiwać od początkującego biegacza, że podczas swojego pierwszego biegu przebiegnie czterdzieści dwa kilometry, tak jak trudno jest oczekiwać od kogoś, że od jutra jego zachowanie zmieni się o 180 stopni. Rozbicie tego ogromnego zadania na wiele mniejszych sprawiło, że nie poczułem się tak przytłoczony nauką niemieckiego.
Dziewczyna znalazła u siebie pudełko z „Need for Speed Underground 2”, które właśnie instaluję, i o rany, jaka nostalgia.
Raz, że musiałem wygrzebać odtwarzacz DVD na USB, bo przecież w komputerze takiego nie posiadam.
Dwa, że trzeba było wpisać klucz licencyjny.
Trzy, że w połowie instalacji trzeba było zmienić płytkę.
Dzisiejsze czasy są jednak o wiele wygodniejsze, bo jednakże trochę tęsknię za zabawą z instalowaniem „Dungeon Siege 2”, które wraz z dodatkiem i spolszczeniem miałem na pięciu czy sześciu płytach. : D
ja nawet jak znajde plytke i chce pograc to wpisuje w tazatokapiratow.org "tytulgry gog", bo szybciej, wygodniej, i jest szansa, ze zaktualizowali jakos pod nowe systemy i sprzet