Skoczyliśmy z mężem na weekend do Paryża. Gdy wieczorem w hotelu odpaliliśmy telewizję (oglądanie telewizji za granicą w języku, którego nie ma się opanowanego na dostatecznym poziomie, to moje małe guilty pleasure), zaskoczyły nas prozdrowotne komunikaty, wyświetlane przez cały czas trwania u dołu każdej reklamy produktu spożywczego. Takie same paski znaleźć można i na reklamach wielkoformatowych.
Paski te zachęcały m.in. do uprawiania sportu czy jedzenia warzyw i owoców. Temat nas zainteresował, i wówczas dowiedzieliśmy się też o obowiązku informowania przez francuskie sklepy o zjawisku znanym jako #shrinkflacja. Jeśli producent obniża gramaturę produktu, a cenę pozostawia niezmienioną, to sklep ma obowiązek umieścić stosowną informację przy tym produkcie.
Efekt?
Nie zauważyliśmy ani jednej takiej informacji podczas zakupów.
Tu wyjaśnienia mogą być dwa (nie biorąc pod uwagę ewentualnego zaniedbania ze strony spożywczaka):
1. Ślepota banerowa — po prostu nie zwracam już uwagi na te wszystkie wywieszki i promkobileciki,
2. Producenci stwierdzili, że taka czerwona litera przy ich produkcie to za duże ryzyko, i zaniechali tego procederu.
Jeśli jest to to drugie, to bardzo mnie to cieszy i liczę na to, że podobne rozwiązanie wkrótce zostanie wprowadzone też w Polsce. Bo na Ptasie Mleczko od Wedla (wciąż pamiętam to półkilowe, nie oszukacie mnie) już dawno się obraziłam.
#marketing #sprzedaz #sklepy


@5tgbnhy6 bo mieli dwie konkurencyjne marki, które razem miały (i nadal mają) w zasadzie duopol na rynku, a jedni i drudzy chcieli tych samych wzrostów xD
Butelki w tej pojemności miały w tamtych czasach sens, najwidoczniej zbadali rynek, znaleźli niszę w której mogli zrobić wzrosty i w to poszli. Ale zauważ, że te marki nie miały wówczas tej samej pozycji na rynku co dzisiaj. Bez coli dało się żyć. Dzisiaj rynek jest już nasycony, obie firmy wiedzą, że i tak sprzedadzą, ale są w martwym punkcie. Co jakiś czas wlatują na rynek nowe albo limitowane smaki, będące przeklejką z rynku ze stanów, ale generalnie nie zagrzewają u nas miejsca na dłużej. Większe sieci mają na nich straty. Miłą odmianą zawsze była cola waniliowa, pepsi próbowała z ananasem, teraz wracają do twista... Ale generalnie wszystko to już było. Całość stoi w miejscu, a przez podatek cukrowy ceny są w kosmosie. Mimo to żyje im się dobrze, bo mają rzesze oddanych konsumentów.
Zauważ też, że coś zupełnie innego stało się z o wiele bardziej rozpowszechnionym produktem - wodą. W pewnym momencie nastąpił downgrade, bo butelki 1,5L kosztowały "nieco mniej" niż 2L. Dzisiaj tych drugich w zasadzie nie dostaniesz. W pewnym momencie to samo zaczęło się dziać z 1,5L na rzecz butelek 1L. "Popularne", coraz więcej marek ma je w ofercie, szersze niż wyższe. Ale 1,5L raczej nie zniknie, bo picie wody w narodzie wzrasta.
Wniosek? Tam gdzie rynek był nasycony, od razu zaczął się downgrade... I dywersyfikacja, bo nie tak długo po zmianie gramatury butelek wody zaczęły się pojawiać "wody smakowe", czyli słodzone napoje bez barwników. "Zdrowsze" od napojów gazowanych, w praktyce też cukier, tylko trochę mniej.
Producenci nie patrzą na serce, tylko na wzrosty. Tak jest ze wszystkim, od mieszkań przez karty graficzne aż po wodę gazowaną. Jeśli zarobią na nowej linii produktów - próbują tego, jeśli rynek jest wysycony i jedyne co mogą zrobić to downgrading - zmniejszają gramaturę.