Mający problemy z płynnością finansową młody biznesmen Charlie dowiaduje się, że jego zmarły ojciec przepisał cały majątek starszemu synowi, autystycznemu Raymondowi. Mając nadzieję na przejęcie kontroli nad bratem i rodzinnym majątkiem, Charlie zabiera Raymonda do siebie.
Sam film OK, propsy za nieoczywistą w Hollywood, słodko-gorzką końcówkę. Świetna rola Hoffmana, ale trzeba przyznać, że Tom Cruise nie dał sobie ukraść show. Imo Cruise miał potencjał na świetnego aktora dramatycznego, szkoda, że poszedł w typowe gwiazdorstwo.
Reżyseria: Steve McQueen (nie ten aktor z 70s, tylko jakiś inny)
Czas trwania: 2h 13m
Ocena: 5/10
Film oparty na historii Solomona Northupa, czarnoskórego skrzypka żyjącego w NY w I poł. XIX w., który został porwany i sprzedany w niewolę na Południu Stanów.
Film nierówny, pierwsza połowa dość poszatkowana i fragmentaryczna, druga (po tym, jak protagonista trafia na plantację Fassbendera) spójniejsza i lepiej poprowadzona.
Film jest mniej politpoprawny, niż statuetki, które otrzymał, choć na dobrą sprawę nie powinien, bo technicznie specjalnie się nie wyróżnia. Największą pomyłką jest Oscar dla Czarnej Heleny, no za co ta nagroda, że Fassbender na niej z minutę postękał? Sarah Paulson dostała mniej czasu antentowego, a miała ciekawiej napisaną rolę, którą w bardziej zniuansowany sposób.
Gdy oglądałam ten film po raz pierwszy (już jako osoba dorosłą) to prawie posrałam się ze strachu. Wyprawa w środku nocą do kibla była nie lada wyzwaniem.
Dziś, po latach, już moja odporność jest mocniejsza, ale i tak były fragmenty gdzie się okrutnie bałam.
Banda lasek lubi ekstremalne wyzwania. Jednak pech sprawia, że po powrocie z jednej z takich wycieczek ginie mąż i córka Sary.
Po roku przyjaciółki organizują wycieczkę do podziemnych jaskiń. Jednak żeby wymaksować ekstremalne doznania jedna z nich, Juno, postanawia zaprowadzić panie do innej, niepoznanej jeszcze jaskini.
Tam kobiety natrafiają na problem, zawala się jedno z przejść i są zmuszone szukać wyjścia. Tymczasem w jaskini żyją człekokształtne potwory. Sprawa wydaje się więc beznadziejna - kobiety muszą walczyć o przetrwanie. W wysokim napięciu ujawniają się wszelkie przywary oraz konflikty pań, chociaż nie ma czasu na ich roztrząsanie - to uwierzcie, widać że to wszystko wylatuje na wierzch.
@Kronos Dlaczego? Wejście do jaskini (albo zejście...) głównej bohaterki można odczytywać jako haluny, albo jeśli chcemy połączyć z fabułą jako nowa pani Zemsta - gdy Sara wynurza się z jeziorka krwi nie jest już tą samą osobą. Podejrzewam, że od tego fragmentu może wchodzić nawet gruba interpretacja, bo to fragment graniczny filmu - wygląda trochę kliszowo, ale kliszą nie jest, bo podpowiada nam dalszy regres ludzkiej psychiki.
No i to wciąż, przynajmniej dla mnie, dobry horror - w szoku byłam, że wciąż potrafił mnie przestraszyć.
Historia o smoku wychowanym przez magicznego kota. W tym świecie żyją magiczne koty, które mówią i koegzystują z ludźmi.
Sam pomysł, kilka pierwszych odcinków było ciekawe, ale świat się przestał rozwijać gdzieś po 3 odcinku. Potem tylko niezbyt powiązane ze sobą historie różnych kotów. Czasem historie różnych bohaterów się przeplatały, ale ja kompletnie pogubiłem chronologię. Ilość kocich bohaterów również przesadzona ja nie miałem pojęcia czy widziałem już te koty czy to są nowe.
No i te historie same w sobie nie były zbyt ciekawe. Ciężko tu coś pochwalić.
Po niezłym 1 sezonie przyszła kolej na drugi, już dużo lepszy. Więcej walki o wladzę i kasę. Tommy zostaje prezesem po śmierci Monty'ego, a Cami zarządza firmą z tylnego siedzenia, próbując ratować firmę męża i jego "dobre" imię.
Sporo napięć, związkowych rozterek, prób lojalności i szczęsliwych zakończeń na domknięcie sezonu.
Serial świetnie zagrany aktorsko: Billy Bob Thornton, Sam Elliott, Ali Lanter, Demi Moore, Andy Garcia i Kayla Wallace. A i pozostali aktorzy trzymali poziom.
Na pierwszy sezon trafiłem lecąc we wrześniu ubiegłego roku do Fort Worth/Dallas, które są miejscami akcji serialu, ale drugi sezon już musiał prawie rok poczekać na swoją kolej.
Podobno ma być 3 sezon, choć nie do końca widzę jego sens po tym, jak zakończył się drugi.
Jeśli szukacie serialu z problemami rodzinnymi, próbie przetrwania kolejnego dnia pracy, w którym bohaterowie wpadają z deszczu pod rynnę na każdym kroku, a na deser jest kilka fajnych lasek, to dobrze trafiliście, polecam
Zachęcony przez dziewczynę postanowiłem przypomnieć sobie ten film, który ostatni raz oglądałem jakoś w dzieciństwie, z babcią.
I chwilę po włączeniu przewidziałem zakończenie, albo po prostu sobie je przypomniałem, trudno powiedzieć. Postanowiłem się skupić na tych wszystkich drobnych szczegółach.
Ciekawie obserwowało się różne sceny, w których główny bohater jest
Zwróciłem uwagę też na jedną niezręczność w polskim tłumaczeniu. W scenie, w której chłopiec przychodzi do domu, w którym czeka na niego
Większą jest dosyć naiwne zakończenie, ale trudno oczekiwać, żeby taki film nie miał szczęśliwego finału.
OAS szykuje zamach na życie prezydenta Charlesa de Gaulle'a. W tym celu zatrudniają zawodowego zabójcę z Anglii, który ukrywa się pod pseudonimem Szakal.
Film w porządku. Co do wierności z książką to 3/10 dużo pominięto, cześć rzeczy pozmieniano i to bardzo.
Lepiej obejrzeć ten z Willisem - ogólnym zarysem nawiązuje do powieści - dzięki czemu można obejrzeć nawet jeśli nie czytało się.
Niezły horror, ale niepokój próbuje budować (i w sumie dobrze to robi) głównie na brutalności, a to nie moje klimaty, jeśli chodzi o ten gatunek, wolę jak buduje strach czy inne nieprzyjemne horrorowe uczucia film czym innym, ale ogólnie jest spoko. Do Obsesji nie ma jednak podjazdu
Nastoletni Charlie ma w długi weekend zająć się niewidomym weteranem wojennym, pułkownikiem Frankiem Slade. Chłopak spodziewa się nudów, jednak Slade nieoczekiwanie zabiera go do NY na wyprawę życia.
Historia dość kliszowata (dlatego daję tylko 7/10), ten film ciągnie przede wszystkim genialna rola Ala Pacino. Gdyby nie on, wątpię, by amerykański Zapach kobiety zapisałby się tak w sercach widzów.
Jeden z moich ulubionych filmów (ale mam ich dużo). To właśnie przekucie banalnej historyjki w ciekawą opowieść powoduje że doceniam dobre aktorstwo i reżyserię.
@Telezajaczek trochę nieładnie obszedłeś się z tym filmem, ale w sumie nie mogę się nie zgodzić.
Jednak przez rolę Pacino, scenę tanga (idealnie dobrany utwór, uwielbiam muzykę filmową przez to, jak potrafi wyprowadzić klimat) na długo zostaje w pamięci i lubię do niego wracać.
Kategoria: Komedia, Komedia młodzieżowa, Kino drogi
Reżyseria: Todd Philips
Czas trwania: 1h 33m
Ocena: 7/10
Typowa amerykańska komedia o studentach z lat 2000.
Poziom porównywalny z kanadyjskim "Going the distance" (2004). Fajny soundtrack, rasistowskie żarty, jaranie zioła, przypały, dojenie prostaty. Beka.
Zarys fabuły:
W wyniku pomyłki Josh musi odbyć szaloną podróż przez Stany Zjednoczone, aby ratować swój związek. (1800km przez stany, zwiazek na odległość, kompromitująca przesyłka którą trzeba wyprzedzić - tego typu bęc)
BTW: uwielbiam Kyle Edwardsa, ten facet jest niemożliwy. Gdybym miał opcje upalić dowolnego zagranicznego aktora, pogadać z nim kilka godzin - to byłby on. Jakim cudem gość wyglądał tak samo w 2000r. jak dzisiaj? Zawsze jest mega zabawny - ciekawe czy musi sie bardzo starać i jak mu się żyje z taką aparycją? Poza tym "gra" tu też "Stiffler", robi te swoje Stifflerowe rzeczy - nie przepadam, ale tutaj właściwie mi nie przeszkadzał.
Jake Blues (John Belushi) wychodzi z więzienia i wraz z bratem Elwoodem (Dan Aykroyd) otrzymują misję od Boga - mają uratować sierociniec, w którym się wychowali. Żeby zarobić pieniądze, decydują się reaktywować swój stary zespół i dać koncert. Niestety coś, co łatwo brzmi, jest niełatwe do wykonania, zwłaszcza gdy ma się na karku byłą narzeczoną, nazistów z Illinois, policję czy muzyków country.
Wielu ludzi tego nie docenia, a w filmie wystąpiło pełno prawdziwych, bardzo znanych muzykow (John L. Hooker, Ray Charles, Cab Calloway, Aretha Franklin, James Brown...). Wspaniała obsada, świetna muzyka i ten absurdalny humor, wręcz 11/10n
Chyba każdy, kto w latach 2008-2012 był dzieckiem albo nastolatkiem, kojarzy Przygody Merlina. Ostatnio jedna z pomniejszych stacji telewizyjnych zdecydowała się przypomnieć serial i skusiłam się na seans. Po odświeżeniu sobie Merlina powiem tylko, że do niektórych dzieł, którymi jarało się za kidosa, nie warto wracać w dorosłości.
Zacząć muszę od dwóch rzeczy. Primo, ten serial z legendami arturiańskimi ma wspólne jedynie nazwy własne i pojedyncze motywy, dlatego ocenianie Merlina pod względem odwzorowania materiału źródłowego i realiów historycznych średniowiecza nie ma najmniejszego sensu. To typowa dla dawnej TV fantastyczna przygodówka w stylu klasycznych Xeny, Herkulesa i nieco nowszego Miecza prawdy. Dlatego nie zamierzam pastwić się nad woke i Murzynami w średniowiecznej Anglii. Secundo, pod koniec serialu klimat tak mocno się zmienia, że Merlin S01-S04 i Merlin S05 można by właściwie uznać za odrębne dzieła.
S01-S03 były najlepsze. Twórcy wiedzieli, w jakiej konwencji chcą się poruszać i umiejętnie balansowali odcinki z poważniejszym klimatem z tymi czysto humorystycznymi. Postaci w różnym stopniu zaliczały progres osobisty, a ich losy śledziło się z ciekawością. Między bohaterami czuć było przyjacielską chemię, jak w idealnie zgranej paczce dobrych ziomków i wydaje się, że to nie tyle świetne aktorstwo, ale wpływ przyjaznych relacji między aktorami na planie. Jedyną wadą pierwszych sezonów jest powtarzanie pewnych schematów fabularnych zastosowanych w S01, stałym punktem programu do S04 musiał być odcinek, w którym:
- Artur kręci z jakąś ładną blondyną, która albo sama zna magię i ma wobec księcia nieczyste zamiary, albo jest sterowana przez istotę magiczną;
- Artur i ekipa wyruszają na poszukiwanie pradawnego artefaktu;
- w Camelocie odbywa się turniej i Merlin odkrywa, że któryś z uczestników planuje zamach na króla/księcia.
W S04 czuć już nieco mroczniejszy klimat (przede wszystkim w sferze wizualnej), chociaż dalej zdarzały się odcinki czysto humorystyczne (Sługa dwóch panów) i przygodowe (Aithusa). W tym sezonie knowania Morgany zaczynały już przynudzać (ile można oglądać to samo), tak samo zaczynała już wnerwiać słabość Merlina w obliczu kolejnych zagrożeń z jej strony, typ miał być najpotężniejszym czarodziejem wszechczasów, a regularnie wychodził na słabeusza.
S05 to zgliszcza tego, czym ten serial był wcześniej. Najgorsze zakończenie serialu w XXI wieku, z którym nie równa się nawet końcówka GoT. Jak w poprzednich sezonach Merlin i widzowie byli teasowani „zobaczysz mordo, jak Artur obejmie władzę, to dopiero będzie za⁎⁎⁎⁎ście, średnia hawajska i 1000+ dla każdego!”, tak w S05 już na wstępie mamy zmianę śpiewki na „ten Artur to jednak lamus jest, niech zdycha” i fatum rodem z greckiej tragedii zawisa nad bohaterami. Przez resztę odcinków panuje atmosfera, jakby stary powiesił się w kiblu, a utarczki słowne Artur-Merlin zamiast śmieszyć, żenują jak nietrafiony żart pijanego wujasa na stypie. Gdyby serial był na podstawie prozy np. Sapkowskiego albo Abercrombiego, gorzki finał można by odczytać jako od początku zamierzony, ale nie podejrzewam scenarzystów Merlina o taką finezję twórczą, by wywracać klasyczne schematy. Moja teoria jest taka, że czując konkurencję w postaci GoT, postanowili przerobić serial na mroczniejszy i dojrzalszy, co im się całkowicie nie udało, bo nie da się nagle z family friendly przygodówki z morałem zrobić grimdarka. Ów nagły pivot najlepiej podsumowuje ten cytat z Reddita:
Y'know what's really messed up about the tone of Merlin? The happiest, brightest times of the show take place when Camelot is being rules by a cruel tyrant. And the darkest (emotionally and tonally) times take place when Camelot is supposedly in its Golden Age. And the writers wonder why people thought the Golden Age never happened?
Wracając jeszcze na moment do ogólnego omówienia serialu, trzeba zaadresować słonia w pokoju, jakim były niesamowita bucera Artura i okropne traktowanie przez niego Merlina, przedstawiane i o dziwo odbierane przez fandom jako super cute, bo nastoletnie fanki nie umiały odróżnić przyjacielskiego przekomarzania się od chamówy. Generalnie te stare seriale miały pewien problem z przedstawianiem przemocy psychicznej jako hihi humorku, innym przykładem jest regularny mobbing wobec Jerry’ego w Parks and Recreation. Jeśli zawdzięczamy coś współczesnej lewicowej wrażliwości, to zaprzestanie sprzedawania widzom upokarzania słabszych jako świetnego poczucia humoru i sposobu na okazanie sympatii.
Od premiery ostatniego sezonu Merlina minie niedługo 14 lat. Gdy serial był nadawany, sporo fanów spekulowało, że młodych odtwórców głównych ról (Colin Morgan, Bradley James, Angel Coulby i Katie McGrath) czeka wspaniała kariera. Jak to wygląda po latach? Niestety średnio. Praktycznie cała czwórka ma na swoim koncie jedynie kino klasy B i główne role w niszowych serialach i pozostaje z dala od mainstreamu. Szkoda, bo z takim talentem mogliby zrobić znacznie większą karierę. I o ile Colin Morgan i Bradley James mogą, wzorem Anthony’ego Hopkinsa i Jareda Harrisa, zagrać role życia i w późnym średnim wieku, tak dla pań jest już niestety za późno na wielkie role.
Bardzo czekałam na ten seans, zajawkowa Kara z końcówki Supermana wyglądała zachęcająco. Sama historia Kary bardzo fajnie przedstawiona - to chyba te elementy, które zasługują na wyższą ocenę - czasem oglądało to się ciekawiej niż aktualną fabułę. Co jeszcze na plus? Mily Alckock - ona ciągnie ten film na swoich barkach. Jest bardzo charyzmatyczna, wierzymy w jej postać, jej lęki, jej dołki i jej emocje. Podobała mi się też jej przemiana, gdy wychodzi z depresji by stać się lepszą osobą - choć dla mnie jest taka od początku, tylko jeszcze się z tym kryje.
Podobał mi się też motyw z dziewczyną, której pomaga Kara - gdy ta dziewczyna najpierw patrzy na Karę sceptycznie, prawie, że z krytyką, by zacząć ją doceniać, a w apogeum zobaczyć kogoś naprawdę wartościowego - superbohaterkę.
Wkurzał mnie trochę ten pies, ale w Supermanie o dziwo wkurzał mnie bardziej, tutaj jednak prawie cały środek filmu leży sobie gdzieś u weterynaryjnej szamanki.
Nie dołączam do klubu Jason Mamoa tym razem. Tak bardzo zapomniałam, że on gra tiu Lobo, że gdy zobaczyłam jego nazwisko na początku filmu to myślałam, że będzie grał Aquamana XD
Co prawda jego Lobo jest poprawny, ale mnie nie zachwycił.
Parę walk jest naprawdę fajnych, chociaż mnie wkurza te prawie bajkowe tańczenie kończynami, jak w grach komputerowych. Jam w tym względzie konserwatystka (w końcu przez wiele lat byłam fanką walk MMA), bardziej wolę rozwiązania takie jak np. to stosowanie w najnowszym Mortal Kombat.
Ogólnie zabrakło mi trochę ducha w tej opowieści. Niby wszystko jest na swoim miejscu - powstanie z upadku emocjonalnego, przyjaźń, wspólny cel, i przemiana w superbohaterkę, ale ostatecznie coś tam fałszowało - może to te minusy, które wymieniłam, a może zabrakło iskry bożej przy ogólnej realizacji - wypuszczono to jaki gotowy produkt, zamiast właśnie "wypieścić"?
Ale mimo to mam nadzieję, że powstanie jeszcze jakiś film z Milly Alcock w roli Supergirl. To głównie jej ogromna zasługa, że ten film jest nawet dobrze oglądalny.
@Mahjong laska wygląda jakby dzień zaczynała od wciagania kreski z wacka a konczyła wapeowaniem butaprenu z torebki, ale faktycznie fajnie gra, mam nadzieję jeszcze ją gdzieś zobaczyć, generalnie film pozytywnie zaskakuje, burzy kanon, spodziewałem się pompatycznego gówna jak Captain Marvel i inne.
Momoma faktycznie bardzo rozczarowuje, wygląda jakby się roztył jakby mu sztuczny sześciopak dorobili. Zupełnie nie pasuje do zabawnego psychola Lobo.
Możliwe, że gdyby ten film powstał przed "Parasite" to byłby lepiej oceniany. Ale czy ja wiem? Parasite jednak sięgał w głębiny ubogości i wyjściu z nędzy dzięki niewdzięcznym trikom by zasmakować lepszego życia. Tymczasem "Bez wyjścia" to opowieść o możliwościach powrotu do tego lepszego życia.
Bowiem główny bohater ma wszystko czego pragnie: kochającą rodzinę, upragniony dom i pracę, którą lubi. Jednak gdy rusza karuzela zwolnień, której nie jest w stanie zatrzymać, to całe komfortowe życie zostaje skondensowane do oszczędności i bezowocnych poszukiwań pracy.
Jednak nasz bohater nie poddaje się - wie, że jest sposób na świetną robotę, która przywróci jego szczęśliwy status. Wykorzystuje nieudolność poszukujących kandydatów jak on i postanawia pozbyć się ich z rynku pracy.
Co ciekawe, oni "rywale" w sumie niewiele się różnią od naszego bohatera - też wraz ze stratą pracy popadli w dołki różnego rodzaju.
Sam początek filmu jest naprawdę niezły, podobało mi się wszystko, ale gdy rusza z kopyta maszyna żująca przeróżne sytuacje, staje się to pod koniec szczególnie męczące.
To właśnie dlatego i tak "Parasite" jest górą nad "Bez wyjścia". Tam kulminacja jest pod koniec, krótka, lecz bardzo intensywna. Tutaj mam wrażenie, że ową kulminację po prostu wydłużono pod fabułę - ale nie działa to tak dobrze jak we flagowym tytule Parka.